11. – Inny Dom – cz. II. >> środa, 25 marca 2009 23:13:51
Tej nocy miałam dziwny sen. Nie uczestniczyłam w nim, ale obserwowałam wszystko, co się działo. Wszystko...
***
W małej komórce pod schodami siedziała skulona dziewczynka. Miała na sobie cieniutką koszulkę nocną, którą naciągnęła na bose nóżki. Patrzyła przerażonymi oczętami na mały otwór wejścia do komórki, z którego sączyło się słabe światło. Spojrzała w górę, a tam również ujrzała słabe prześwity, ale przedostające się przez szczeliny w schodach. W domu panowała głucha cisza.
Nagle snopy światła ze szczelin między schodami zadrgały. Przez chwilę nic się więcej nie działo, aż dziewczynka usłyszała ciche stuknięcie. Ten stuk powtórzył się, tym razem jednak głośniej, i wciąż się powtarzał, przybierając na mocy, a wtedy zobaczyła, co tak stuka. Przez szczeliny dziewczynka zobaczyła stopy swego ojca, który schodził po schodach. Trzymał w ręce coś, co przypominało lalkę rozmiarów człowieka, którą ujął za nogę i ciągnął za sobą. Głowa lalki spadała ze stopni uderzając nieprzyjemnie w drewniane schody. Nie widziała dokładnie, ale przez chwilę wydawało jej się, że włosy tej lalki są strasznie czerwone.
Łup... Łup... Łup...
Dziewczynka patrzyła, jak jej tata schodzi na sam dół. Trochę kurzu wzbiło się w powietrze ze schodów, przez co poczuła duszności w tej ciasnej małej komórce. Objęła mocniej swoje drżące kolanka, gdy mężczyzna zatrzymał się nagle. Z wściekłością odrzucił od siebie lalkę. Dziewczynka kaszlnęła cichuteńko, co przypominało bardziej pisk myszy. Jednak i ten słaby dźwięk nie umknął uwadze mężczyzny. Wolno, jakby nigdzie mu się nie spieszyło, podszedł do drzwi komórki pod schodami. Otworzył je powoli, z głośnym skrzypnięciem, głuchym jękiem. Jasny snop światła padł na bladą twarz dziewczynki. Tylko twarzy mężczyzny wciąż nie było widać.
- Tatusiu, czy chcesz zrobić mi krzywdę? – zapytała słabiutkim głosikiem.
- Nie – wyszeptał w odpowiedzi ojciec tonem, który był na swój sposób czuły. Wyciągając rękę. – Chodź. Pójdziemy do mamy...
Dziewczynka wstała ostrożnie, wahając się nieco. Ale podeszła do ojca i razem wyszli z komórki pod schodami. Gdy dziewczynka przyzwyczaiła się już do światła i mogła spojrzeć na lalkę leżącą na podłodze, zobaczyła nie lalkę właśnie, lecz... jej matkę. Gdy zdziwiona podniosła wzrok na tatę, ten już zamachnął się z młotkiem w dłoniach.
***
- Nieeeeeee! – zerwałam się z krzykiem z łóżka. Dyszałam ciężko jak po długim biegu i rozglądałam się dookoła. Po chwili ukryłam twarz w dłoniach. Ten sen był bardzo realistyczny, jakby wcale nie był snem, lecz... wspomnieniem. Nie moim wspomnieniem.
Usłyszałam w oddali jakieś kroki, Wiktora, oczywiście. Przez chwilę nie mogłam sobie przypomnieć gdzie jestem i co tu robię, podczas gdy sen wciąż rozdzierał mi czaszkę. Wszystko, co działo się w moim życiu, było niezwykłe, ale i niezwykle męczące. Czasami wręcz zastanawiałam się, dlaczego na to pozwalam. Po dłuższym namyśle dochodziłam do wniosku, że nie ja o tym decyduję, ale zawsze wiedziałam, że sama dolewam oliwy do ognia. W końcu sama chciałam pomagać Darkowi.
Usłyszałam ciche pukanie do drzwi.
- Proszę – odpowiedziałam, opuszczając dłonie z twarzy i podciągając nieco kołdrę, która wcześniej zsunęła się niemal na podłogę.
Do pokoju wszedł Wiktor. Znowu uderzyło mnie to uczucie, że gdzieś już wcześniej go widziałam. Może spotkaliśmy się kiedyś wcześniej, albo po prostu był do kogoś podobny. Nie wiem. Natomiast wiem na pewno, że nie zapowiada to niczego dobrego.
- Usłyszałem twój krzyk – powiedział bez wstępów. Był już kompletnie ubrany, jakby się gdzieś spieszył. Przyglądał mi się uważnie, jakby czytał w moich myślach. – Miałaś koszmar...
- Tak – powiedziałam zdawkowym tonem, nie chcąc zdradzać wzburzenia, jakie jeszcze pozostało mi po śnie. Mój głos lekko drżał, ale mam nadzieję, że nie usłyszał tego, przynajmniej nie dał nic po sobie poznać.
- Słuchaj, zaraz muszę wyjść. Zostaniesz tu na dłużej, czy....?
- Ach, tak! – jęknęłam lekko zawstydzona. Nocowałam w domu obcego mężczyzny, który teraz delikatnie próbował mi dać do zrozumienia, żebym już sobie poszła. Właściwie, nawet to tak nie zabrzmiało, ale... czasami dorabiam sobie teorię bez powodu. Zerwałam się z łóżka. – Już, już! Nie chcę ci dłużej przeszkadzać...
- Chodź.
Odwróciłam się gwałtownie w stronę Wiktora, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami.
- Gdzie?
Również spojrzał na mnie zdziwiony.
- Co „gdzie”?
- Gdzie mam iść?
Przyjrzał mi się uważnie, jakbym sobie z niego żartowała.
- Nie wiem, o co ci chodzi. To jakaś gra?
Odwróciłam się od niego i poprawiłam nerwowo kołdrę. Dopiero teraz zrozumiałam, że słowo „chodź” wcale nie zostało wypowiedziane przez Wiktora. Brzmiało raczej, jakby powiedział to ktoś stojący na dole schodów. Spuściłam smutny wzrok na moje ubrania.
- Czy mógłbyś wyjść? Chciałabym się ubrać.
Wiktor wyszedł bez słowa i zamknął za sobą drzwi. Stałam chwilę gapiąc się na moją bluzkę, myśląc tylko. Ten dziwny telefon... ten dom mnie wzywał. Znalazłam się w nim w określonym celu. Jeszcze tylko nie do końca wiedziałam jakim.
Kilka minut później wyszłam z pokoju i zeszłam na dół do kuchni, w której jak się spodziewałam spotkałam Wiktora. Wysunął w moją stronę kubek kawy.
- Dziękuję – powiedziałam, a gdy spojrzał na mnie, nieświadomie uśmiechnęłam się ciepło. Jego wzrok był... tak powalający, że szybko zerknęłam do kubka. Jestem przekonana, że widział mój rumieniec.
- Czy... my przypadkiem nie spotkaliśmy się już wcześniej? – zapytał znienacka, czym szczerze mnie zaskoczył. Prędzej ja powinnam zadać to pytanie. Wciąż na niego nie patrzyłam.
- Nie wiem – odparłam zgodnie z prawdą. Pokręciłam kubkiem, wzburzając osad z kawy na dnie. Westchnęłam cichutko. – Jeśli mi pozwolisz, chciałabym zostać w tym domu dłużej.
- To znaczy? – usłyszałam. Nie brzmiało to niegrzecznie.
- Chciałabym zostać jeszcze dzisiaj. Cały dzień. Wieczorem pojadę. – Spojrzałam na niego odważnie. – Mogę?
Patrzył na mnie uważnie, jakby na coś czekał. Po chwili zapytał:
- Dlaczego chcesz tu zostać? Przecież to tylko stary dom.
„Właśnie dlatego”, pomyślałam, ale na głos powiedziałam co innego.
- Tak po prostu. Podoba mi się tu! Chciałabym obejrzeć ten dom...
Mój głos wcale nie brzmiał tak, jakbym mówiła prawdę i on szybko to wyczuł. Zmrużył nieco oczy, po czym uśmiechnął się półgębkiem.
- Jakbym słyszał brata, też nie umiał zmyślać na poczekaniu...
- Masz brata? – zapytałam zaciekawiona.
- Owszem. Ale lepiej o nim nie rozmawiajmy... Trudny człowiek.
Wypił łyk kawy ze swojego kubka. Był bardzo przystojny. Miał teraz suche włosy i wyglądał jeszcze bardziej pociągająco. Tak, z pewnością złamał wiele kobiecych serc. Chociaż... raczej powiedziałabym, że jest na to za dobry. Nie umiałby złamać komuś serca. I to również było w nim tak intrygujące. W takim mężczyźnie można było się spokojnie zakochać i być szczęśliwą.
Podniósł na mnie wzrok, na co odkaszlnęłam zakłopotana i odwróciłam się do okna.
- Możesz zostać, ile chcesz – powiedział dosyć frywolnym głosem. Usłyszałam jak odstawia kubek i wstaje od stołu, odwróciłam się więc w jego stronę. W jego oczach migały wesołe iskierki. – Wiesz, teraz ta scena musi wyglądać, jakby młode małżeństwo rozstawało się na dzień pracy. – Uśmiechnęłam się, bo naprawdę brzmiało to zabawnie. – Muszę już iść. – Podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek, po czym odezwał się grubym, komicznym głosem: – Miłego dnia, kochanie!
Zachichotałam swobodnie i odepchnęłam go żartobliwie ręką. Również zaśmiał się wesoło. Ruszył do drzwi, ale jeszcze zatrzymał się.
- Wiesz, odnoszę dziwne wrażenie... jakbym znał cię od bardzo dawna... – powiedział z wahaniem, wciąż nie odwracając się. – Cóż, może to tylko moja wyobraźnia. Dziwne rzeczy chyba nigdy nie przestaną mi się przytrafiać!
Po chwili już go nie było. Jeszcze jakiś czas patrzyłam przez okno wciąż uśmiechając się błogo, jak wchodzi do samochodu i odjeżdża. Gdy przyłapałam siebie na tym, zmusiłam się do powagi, bo miałam przecież wyjaśnić sprawę tego domu. Poza tym nie ma co się szczerzyć z powodu jakiegoś obcego faceta. Siłą woli więc skupiłam się na dziwnym telefonie.
***
Marit
komentarze [1]

11. – Inny Dom – cz. I. >> poniedziałek, 1 grudnia 2008 21:18:11
Otrzymałam telefon. Do tej pory nie wiem, kto dzwonił, skąd, czy to, co mi powiedział, było prawdą. Nie wiem nawet, czy ta rozmowa w ogóle miała kiedykolwiek miejsce. Wiem tylko, że zaraz po odłożeniu słuchawki zdecydowałam nie mówić nic o nim innym. Spakowałam tylko kilka rzeczy i pojechał na miejsce.
Był już wieczór, ale to nie ciemność przeszkadzała najbardziej w dotarciu do tego domu. Mgła była tam tak gęsta, że nie było nic widać dwa metry dalej. Ale mimo tego, księżyc przebijał swoją tarczą w pełni przez wszystko. Na szczęście tylko jedna droga prowadziła do domu, więc nie mogłam się zgubić.
Zatrzymałam samochód przed stalową bramą. Nikt nie otworzył, nikt nie wyszedł na powitanie. Właściwie dom wyglądał na opuszczony, trawniki zarosły zielskiem, drzewa wisiały smętnie, jakby zaraz miały się przewrócić, a budynek majaczył gdzieś we mgle, stary, zarośnięty, ponury. Już chciałam zawrócił, wsiąść w samochód i odjechać, gdy zobaczyłam słabe światełko w jednym z okien. Sama otworzyłam więc bramę i weszłam do środka.
Wolno ruszyłam przez trawnik, który już dawno nie widział kosiarki. Spróchniałe drzewa zakołysały się lekko na wietrze, szepcząc z cicha i obserwując. Podniosłam głowę do góry, by sprawdzić, w którym oknie jest światło, ale teraz już go nie było. Przyspieszyłam więc kroku.
Zatrzymałam się na werandzie i zapukałam, ale nikt nie odpowiedział. Nikogo tam nie było. Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem to mi się tylko nie śni, ale to było zbyt prawdziwe, by mogło być snem. Poza tym, takie rzeczy zdarzają mi się nazbyt często, by mi się tylko śniły.
Zapukałam ponownie, choć już wiedziałam, że nikt nie otworzy. Zawahałam się chwilę, po czym złapałam za klamkę. Nacisnęłam, ustąpiła bez trudu. Skrzypienie wypełniło moje uszy, gdy drzwi wolno zaczęły się otwierać. Ciemna szpara między drzwiami a framugą powiększała się nieskończenie długo, a gdy była już wystarczająco szeroka, by zajrzeć do środka, w momencie, gdy ujrzałam spowite słabym blaskiem księżyca schody z zarysem czyjejś postaci na nich... ktoś złapał mnie za ramie.
Krzyknęłam z przerażenia i odwróciłam się jednym skokiem za drzwi do środka. Już miałam zamiar uderzyć, gdy zobaczyłam, kto stoi za mną.
- Dobry wieczór, nie chciałem pani przestraszyć – powiedział młody mężczyzna w płaszczu, z parasolką, której cień zasłaniał jego twarz.
Nawet nie zauważyłam kiedy zaczęło lekko padać. Mężczyzna otworzył szerzej skrzypiące drzwi i stanął obok mnie już wewnątrz domu. Szybko spojrzałam za siebie na schody, ale nikogo tam nie było. Nowo przybyły podejrzliwie podążył za moim wzrokiem.
- Nazywam się Wiktor, jestem właścicielem tego domu – rzucił niemal szeptem. Chwilę milczał, chyba czekając na moje wyjaśnienia, ale gdy się ich nie doczekał, mówił dalej. – Jest na sprzedaż, jeśli po to tu pani przybyła.
Spojrzałam na niego wielkimi oczami, szukając jego wzroku w absurdalnie jasnej ciemności od mgły oraz deszczu, i odgarnęłam kilka mokrych loków z twarzy.
- Nie – odparłam lakonicznie i cofnęłam się na werandę. Na schodach mignął mi jakiś cień. Wpatrzyłam się uważnie w tamtą stronę.
- A jeśli można wiedzieć... skąd pani miała klucze?
Teraz spojrzałam na niego pytającym wzrokiem.
- Przecież drzwi były otwarte.
Zastanowił się chwilę, po czym odsunął się, robiąc zapraszający gest. Weszłam do środka.
- Pewnie zapomniałem je zamknąć, jak byłem tu ostatni raz, ale to nic nie szkodzi – powiedział dosyć wesoło, jak na atmosferę tego wieczoru. Zdjął płaszcz, rozwiesił go na wieszaku, a w dolnej jego części ustawił parasol. – I tak nikt niczego by nie ukradł.
Poprowadził mnie do kuchni, gdzie zapalił światło. Tam mogłam dokładniej przyjrzeć się jego twarzy.
Był młody, choć surowe spojrzenie wskazywało na bogate doświadczenie życiowe. Błękitne oczy, ciemne rozwichrzone i teraz lekko mokre włosy, oraz pociągający kilkudniowy zarost – sprawiało to, że wydawał mi się niebywale przystojnym mężczyzną. W dodatku jego postawa zdradzająca autorytet dopełniała cały opis. Tak, z pewnością łatwo było się nim oczarować.
- Dlaczego nikt niczego by nie ukradł? – zapytałam.
Wiktor wskazał mi krzesło przy dużym stole, a sam odwrócił się do mnie plecami, by zrobić kawę.
- Nie rozumiem – odparł zwyczajnie.
- Powiedział pan, że nikt i tak niczego by nie ukradł – powiedziałam dobitnie, choć starałam się zwracać grzecznie. – Dlaczego?
Zerknął na mnie przez ramię.
- Proszę mi mówić po imieniu – rzucił spokojnie. – Chcesz kupić ten dom?
- Nie, nie po to tu przybyłam.
- A więc po co?
Woda zagotowała się.
- Ktoś do mnie stąd dzwonił, ale nie pan, to była kobieta – odpowiedziałam.
Wiktor zalał mocne kawy, postawił je na stole, po czym usiadł na jednym z krzeseł obok mnie. Wystarczająco blisko.
- Co masz na myśli? – zapytał patrząc na mnie obojętnie znad kubka kawy.
- Zadzwoniła do mnie jakaś kobieta – odparłam. – Z tego domu.
Jego oczy błysnęły na moment.
- Niemożliwe. Tu nikt nie mieszka, czasem tylko ja tu sypiam, ale rzadko.
- To w takim razie jak wytłumaczyć to, że tu trafiłam? – Zastanowiłam się chwilę. – To nie był przypadek, jechałam prosto tutaj. Kobieta powiedziała mi jak to dotrzeć.
- Cóż – westchnął i przyłożył usta do kubka. – Jak już mówiłem, nikogo oprócz nas tutaj nie ma.
Przyjrzałam mu się uważnie. Było w nim coś niepokojącego, coś, czego nie potrafiłam wyjaśnić. Odetchnęłam głęboko, po czym rozejrzałam się uważnie po kuchni. Lekko uchylone drzwi do kuchni wychodziły na ciemne schody. Przez moment wydawało mi się, że znów widzę na nich jakiś cień. Odwróciłam wzrok w stronę Wiktora.
- Wiesz, jakoś mi się nie wydaje – powiedziałam głosem, w którym można było wyczuć tajemniczą nutkę. – Poza tym nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
- Jakie pytanie? – zapytał.
- Dlaczego i tak nikt niczego by tu nie ukradł.
Milczał długo. Patrzył tylko na mnie, jakby nie chcąc powiedzieć prawdy.
- Nie uwierzyłabyś mi – powiedział w końcu.
Nie wytrzymałam i zwyczajnie wybuchnęłam śmiechem. W jego wzroku wyszukałam zaskoczenie pomieszane z irytacją.
- Nawet nie wyobrażasz sobie, ile już mogę wiedzieć!
- No dobrze, powiem ci – rzekł w końcu niemal ze złością. - Poprawił się na siedzeniu, usiadł prosto i wypalił: - Ten dom jest nawiedzony.
Przez chwilę panowała cisza. Wiktor uważnie obserwował moją twarz, jakby szukając oznak niedowierzania. Zaraz jednak spojrzał na mnie zdziwiony.
- I co, nie uważasz, że to absurdalne? – zapytał niepewnie.
Cóż, ciężko powiedzieć, czy wierzyłam czy nie. Nie byłam pewna, czy ten dom na pewno jest nawiedzony przez duchy, ale wiedziałam, że coś z tym domem jest nie tak, i to właśnie zamierzałam wyjaśnić.
- Nie, myślę, że coś w tym jest. Opowiedz mi skąd taki pomysł?
Wiktor milczał jeszcze chwilę, po czym nabrał głęboko powietrza i mówił:
- Ten dom odziedziczyłem po matce. Nigdy w nim nie mieszkała, jak i ja. Po prostu chciała go sprzedać, a jak wiadomo domy ze złą reputacją nie sprzedają się tak łatwo. Teraz ja mam ten problem.
- A czy nie można go po prostu zburzyć? – przerwałam mu.
Uśmiechnął się półgębkiem zaglądając do kubka z kawą.
- Próbowałem i tego – odparł dziwnie pustym głosem. – Wszystkie maszyny dziwnym zbiegiem okoliczności zepsuły się tuż przed samym domem. I tak było z dziesięć razy, aż dałem sobie spokój. Następnym razem pewnie musiałbym opłacić koszty naprawy maszyn! – Zaśmiał się i zaraz szybko spoważniał. – To matka opowiedziała mi historię domu. Niedługo potem zmarła, ale nie wydaje mi się, żeby to było powodem. Myślę, że jej choroba była spowodowana raczej czymś przyziemnym.
Nie wiedziałam, co powiedzieć, ani jak go pocieszyć. Właściwie zawsze bałam się takich momentów, bo nigdy nie wiedziałam, jak zareagować, zwłaszcza, gdy to mężczyzna. Ale Wiktor nie zamierzał okazywać swojej słabości. Podniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy, uśmiechając się pewnie, choć nieco smutno. Zająknęłam się, odwzajemniając uśmiech.
- Myślę, że wystarczy tej gadki – powiedziałam niepewnie, na co on pokiwał żywo głową w odpowiedzi.
- Masz gdzie się zatrzymać na noc?
Pokręciłam głową, aż kilka loków opadło mi na czoło.
- W takim razie możesz tu zanocować jedną noc. Jeśli chcesz, oczywiście – dodał pospiesznie na koniec.
Tak więc zatrzymałam się tam na jedną noc, zajęłam jeden z pokoi na górze, a Wiktor spał tuż za ścianą. Nie wiem dlaczego, ale nie tylko strachy ukrywające się po kątach całego domu zajmowały moje myśli. Było coś w Wiktorze, co nie dawało mi spokoju. Jakbym już kiedyś go spotkała...

***
Marit
komentarze [0]

Sorka >> czwartek, 27 listopada 2008 20:53:13
Cierpliwości, klasa mturalna. Ale notkę mam prawie skończoną.
komentarze [1]

10. - Pamiętnik. >> niedziela, 31 sierpnia 2008 11:43:35
Darka widywałam coraz rzadziej. A kiedy już go widziałam, nie wyglądał zbyt dobrze. Raz zapytałam go, czy chodzi mu o to, co zdarzyło się wtedy, w namiocie, ale zaprzeczył. Na tyle wiarygodnie, żeby mu uwierzyła. Ale skoro nie chodzi o mnie, to o co?
Kilka dni później.
Deszcz lał cały dzień. Ciemne chmury wisiały złowrogo nad miastem, ściągając na nie nie tylko uporczywy deszcz, ale i cień, który przyprawiał wszystkich o dreszcze. Szłam szybkim krokiem mokrą ulicą, omijając spore kałuże, chcąc zdążyć przed zamknięcie biblioteki. Miałam zaległe książki, które powinnam była oddać w zeszłym tygodniu, ale jak wiadomo, nie miałam ku temu okazji. Dlatego gdy zobaczyłam panią bibliotekarkę szukającą kluczy, by zamknąć bibliotekę, puściłam się do niej biegiem.
- Proszę pani, nie! – krzyknęłam i wreszcie dobiegłam do niej.
Przestraszona starsza pani, która zawsze pachniała starymi książkami, rozejrzała się uważnie, czy nikt się nie gapi, po czym spojrzała na mnie karcącym wzrokiem.
- Co się stało, drogie dziecko? – zapytała drżącym głosem. – Dlaczego tak biegniesz, dziewczyno?
Zatrzymałam się i milczałam chwilę, chcąc złapać oddech. Podniosłam głowę do góry. Nad biblioteką wisiał czarny szyld pokryty śmieciami, błotem, kurzem oraz drobnymi pajęczynami, które faktycznie sprawiały wrażenie czarnych, jak głosił napis na szyldzie: „Czarna Pajęczyna”. Kiedyś zapytałam starą bibliotekarkę o tą nazwę, a ta opowiedziała mi historię tego budynku. Mianowicie kiedyś, zanim powstała tu biblioteka, w tym miejscu był najpierw zbudowano wielką kamienicę dla jakiejś szlacheckiej rodziny, potem zburzono ją, by zbudować zwykły hotel po tą właśnie nazwą. Niestety i hotel długo nie wytrwał, po czym przerobiono miejsce na knajpę; szyldu nie zmieniono. Jednak gdy właściciel knajpy pożegnał się z życiem, lokal przejął jego kuzyn i otworzył bibliotekę. Przerobił jedynie główną salę, wstawiając półki i biurko, a resztę pozostawił niezmienioną. Dlatego właśnie uwielbiałam tą bibliotekę. Było w niej coś tajemniczego, jakiś dreszcz wielu pokoleń, każda książka wręcz wyrywała się, by ją przeczytać. Należałam tylko do tej biblioteki.
- Mam książki do oddania – powiedziałam, pokazują grube księgi, które trzymałam w ramionach, starając się wrócić myślami do tej starszej pani, która próbowała zamknąć bibliotekę.
Pani Agata Sobolewska cofnęła rękę z klamki zrezygnowana. Spojrzała na mnie znad okularów połówek.
- I co ja mam niby teraz z panią zrobić? Śpieszę się na wywiadówkę do szkoły mojego wnuka - rzuciła ze śmiechem. Nagle spoważniała. – Ostatnio mam same zmartwienia. Jeszcze dowiedziałam się, że zarządzający tym budynkiem chce zamknąć bibliotekę, ponieważ nie mogą ustalić, kto jest właścicielem tego miejsca. - Westchnęła i mówiła dalej już żartobliwym tonem: – Wychodzi na to, że będę musiała panią samą zostawić w bibliotece! Ufam pani, wiem, czym się pani zajmuje, więc nie mogłaby pani zrobić niczego złego, prawda? – Podała mi klucze, a oczy błysnęły jej dziwnie. Z tym samym uśmiechem zakończyła, choć teraz nie brzmiało to już tak żartobliwie, jak wcześniej: - Może pani i tu coś znajdzie ciekawego...
Potem odeszła. Odprowadziłam ją wzrokiem, aż zniknęła z parasolem w kwiatki za rogiem. Nie do końca wiedziałam, co miała na myśli.
Weszłam do biblioteki i na wszelki wypadek zamknęłam za sobą drzwi na klucz. Rozejrzałam się uważnie, mając nadzieję zobaczyć coś nowego, ale wszystko wyglądało tak samo, jak zawsze. Drewniane regały stały równo wzdłuż ściany, zawalone były różnych wielkości i kolorów książkami, księgami, czasopismami. Na ścianach wyłożonych ciemną boazerią wisiały w ramach obrazki namalowane przed dzieci z przedszkola. Z wielkim hukiem położyłam książki na lekko okurzonym biurku. Jedyne co się zmieniło, to mój dreszczyk emocji wywołany możliwością przebywania w owej bibliotece samej już po zamknięciu.
Ruszyłam wolnym krokiem w stronę półek z książkami, chcąc coś sobie wybrać. Odgarnęłam z ramion mokre włosy, wyciągnęłam z kieszeni gumkę i związałam je, by mi nie przeszkadzały. Zapomniałam wziąć z domu parasola, dlatego teraz byłam cała mokra. Tylko książki uratowałam przed deszczem chowając je po płaszczem.
Przeszłam wszystkie regały, jak to zawsze robiłam, przeglądając działy, z których mogłabym coś sobie wziąć. Gdy doszłam do ostatniej półki i wyszłam zza regałów, zauważyłam ciemne, drewniane, ciężkie drzwi, które zwykle były zamknięte, a teraz stały lekko uchylone. Pomyślałam, że może pani Agata zapomniała o nich i zostawiła je otwarte. Chciałam więc je zamknąć, skoro dała mi klucze i pozwoliła się rozejrzeć. Jednak kiedy podeszłam do tych drzwi z zamiarem zatrzaśnięcia ich, niechcący, a raczej bardzo chcący, zerknęłam do środka.
Tego pomieszczenia nigdy jeszcze nie widziałam. To musiało być owo zaplecze knajpy, o której mówiła mi bibliotekarka. Strasznie okurzone stoły zawalone były różnymi księgami oprawionymi w skórę. Mimowolnie weszłam do środka i zaczęłam przeglądać księgi. Były pisane ręcznie, czasami dzienniki, pamiętniki, czasem strasznie stare księgi, jakby ze średniowiecza jeszcze, głównie kroniki lub ewangelie.
W pomieszczeniu nie było okien. Kiedy słabe światło wpadające przez szparę w drzwiach już nie wystarczało, poszukałam włącznika, ale nie znalazłam go. Zobaczyłam natomiast małą lampkę oliwną stojącą na stoliku przy drzwiach, okurzoną, dawno nie używaną, jakby czekającą, aż ktoś ją wreszcie zapali. Wyciągnęłam z kieszeni zapalniczkę, by podpalić lont. Chybotliwe świtało rozeszło się głębokimi cieniami po pokoju.
W rogu stał mały drewniany stoliczek, z rzeźbionym kantem. Podeszłam do niego, chcąc przejrzeć książkę, która na nim leżała, i usiadłam na krześle, idealnie pasujące do stolika. Książka okazała się być kolejnym pamiętnikiem. Na okładce zauważyłam dwie szkarłatne plamy, a gdy przewracałam kartki, zobaczyłam podobne plamy tu i ówdzie. Najwięcej plam było białych, od wosku.
Przewróciłam kartki na pierwszą stronę. Niezdarne pismo, z pogrubionymi wyrazami gdzie niegdzie.
„Zwę się Ela Sobolewska. Nikt nie wie o istnieniu pamiętnika i nie może nawet się domyślać, bo nie umiem pisać. Pisze za mnie moja przyjaciółka Anna, o której też nikt nie wie. Tylko matka wie, bo Anna jest moją siostrą. Wyglądamy tak samo, dlatego mama ją ukrywa. Mówi, że to źle, żeby dwie osoby były tak do siebie podobne. Anna wcześniej wychowywała się u sióstr, które bardzo szybko nauczyły ją pisać. Biły ją, dlatego ich nienawidzi.
Ja wychowywałam się z mamą. Akurat na mnie padło. Jak byłam mała...”

I tu następuje długi opis dzieciństwa dziewczynki. Przerzuciłam kilka kartek.
„Nasz tatuś umarł na jakąś dziwną chorobę. Mama nie chce powiedzieć, co to jest, bo sama zachorowała. Służba nie chce mnie do niej wpuścić. Anna mówi, że to i tak nie długo potrwa.”
Kilka szkarłatnych plam i znowu przerzuciłam kartki do ostatniego wpisu.
„Wujek jutro przeczyta testament ojca. Mówi, że i tak jest jasne, iż dostanę cały majątek, ale dopiero, gdy osiągnę pełnoletność. Wtedy wszystkim powiem, że mam siostrę Annę i podzielę się z nią majątkiem.”
Reszta kartek była pusta. Nagle coś huknęło głośno, aż podskoczyłam na krześle. Podniosłam lampę, by zobaczyć co się stało, i ujrzałam, że jedna z książek spadła na podłogę. Uśmiechnęłam się ironicznie sama do siebie, chcąc dodać sobie odwagi. Położyłam otwarty pamiętnik na stoliku i wstałam, by podnieść z ziemi książkę. Gdy ją podnosiłam, znów ją upuściłam na podłogę. Otworzyła się. Kucnęłam i wyciągnęłam lampę. Była to biblia, a na stronach, na których się otworzyła, widniała przypowieść o Kainie i Ablu. Zamknęłam ją i odłożyłam na półkę.
Gdy wróciłam do stolika, chcąc zamknąć pamiętnik, zauważyłam, że puste jeszcze przed chwilą strony są zapisane. Przez moment zastanawiałam się, czy nie mogłam przypadkiem po prostu nie zauważyć zapisanych stron, ale po chwili doszło do mnie, że przecież specjalnie wybrałam ostatni wpis. Odłożyłam żarzącą się lampę na stół, wzięłam w dłonie księgę i zaczęłam czytać.
„Tuż przed odczytaniem testamentu poszłam do Anny. Chciałam jej powiedzieć, że nasza mama właśnie umarła. Ale ona już wiedziała. To ona zabiła mamę. Tak jak i ojca. Powiedziała mi to tak normalnie, siedząc na moim łóżku, w moich ubraniach, bawiąc się moją szmacianą lalką, a ja pozwalałam jej na to. Powiedziała, że nienawidzi naszej matki za to, że oddała ją do sióstr, które ją biły. Ojca zabiła ot tak, bez powodu. Gdy zaczęłam płakać, Anna przytuliła mnie. Zawsze się nawzajem pocieszałyśmy. A wtedy poczułam nóż. Zabiła i mnie...”
Nagle przez pokój przeszedł dziwny strumień wiatru, który zgasił lampę. Wyciągnęłam zapalniczkę, ale długo jej nie zapalałam. Bałam się, że będzie tak samo, jak wtedy w pensjonacie „Zakątek”, że gdy zapalę światło zobaczę coś, czego nie powinno tu być. Lecz gdy ostrożnie odpaliłam zapalniczkę i podpaliłam lont lampy, niczego nie widziałam. Było tak samo, jak wcześniej. Rozejrzałam się uważnie na wszelki wypadek i wróciłam do pamiętnika.
„Anna przebrała się za mnie i zajęła moje miejsce. Chciałam się z nią podzielić majątkiem, ale wolała zabrać wszystko dla siebie. Nikt niczego nie zauważył. Dopiero, gdy była już dorosła i kazała zburzyć kamienicę, wujek zaczął coś podejrzewać, więc zabiła go.
Moje ciało odnaleziono, ale nikt nie wie, że to ja. Anna pocięła je i zamknęła w moim kufrze na ubrania. Skrzynię odnalazł jeden z potomków Anny, który założył bibliotekę tam, gdzie kiedyś była nasza kamienica. Nie wiedział, że tam byłam ja. Nie wie, że do tej pory tam jestem.”

Powiało chłodem. Zatrzasnęłam z hukiem pamiętnik, a w świetle lampy zalśniły złowieszczo szkarłatne plamy. Rozejrzałam się i faktycznie, znalazłam kufer. Na chwiejnych nogach podeszłam do niego, postawiłam obok na ziemi lampę i uklękłam. Z bijącym sercem chwyciłam wieko, by otworzyć zardzewiały zamek. Stary kufer zaskrzypiał przeraźliwie, gdy wolno otwierałam go. Słaby blask lampy przedarł się przez ciemność do jego wnętrza. A tam... Westchnęłam z przerażeniem, ale i ulgą jednocześnie, patrząc na małą, szmacianą lalkę, która patrzyła na mnie smutno z dna kufra pełnego złych wspomnień...
***
Następnego dnia z samego rana wróciłam do biblioteki. Jak szalona wpadłam do środka.
- Pani Agato! – krzyknęłam na wejściu, nie mogąc odnaleźć wzrokiem bibliotekarki. Po chwili starsza pani wyszła zza półek i spojrzała na mnie pytająco znad okularów połówek. – O, tu pani jest! Mam dla pani bardzo ważną informację.
Bibliotekarka podeszła do biurka z naręczem wielu cienkich książek. Usiadła wygodnie poszukała jakichś kart wśród mnóstwa innych, po czym zaczęła coś na nich pisać.
- Dobrze, niech tylko pani szybko mówi, mam mnóstwo pracy – powiedziała nie patrząc teraz na mnie. – Muszę spisać wszystkie książki zanim zamkną bibliotekę...
- Nie musi pani tego robić – wyrzuciłam z siebie pośpiesznie. Położyłam na biurku tuż przed jej nosem dokumenty. – Proszę, nie trzeba zamykać biblioteki.
Pani Agata łypnęła obojętnie na papiery, po czym wzięła je do ręki.
- Co to jest? – zapytała, jakby i tak nie chciała poznać odpowiedzi na to pytanie.
- To – odparłam z dumą, prostując się i podpierając rękami o boki. – To są wszystkie dowody na to, że to pani jest właścicielką tej biblioteki. – Zawahałam się i zakończyłam, nie będąc w stanie się powstrzymać (jak zwykle): - Super, prawda?!
Pani Agata spojrzała na mnie lekko zdziwiona, ale ukryty blask jej oczu wystarczył za każdą możliwą odpowiedź.

Marit
komentarze [1]

9. – Domniemany Potwór – cz. III. >> poniedziałek, 18 sierpnia 2008 13:53:05
- Proszę tu na mnie zaczekać, muszę coś załatwić i zaraz szybciutko wracam!
Właściciel campingu zaprowadził mnie do pokoju gościnnego, całkiem ładnego, nieźle urządzonego muszę przyznać, po czym zniknął pośpiesznie za innymi drzwiami. Rozejrzałam się uważnie dosyć zaintrygowanym wzrokiem i usiadłam na jednym z foteli. Czekałam. Czekałam i czekałam, ale właściciel nie nadchodził. Postanowiłam więc sama go poszukać.
Wstałam i wyszłam na korytarz znajdujący się za drzwiami, za którymi zniknął. Był dziwnie mroczny, na suficie nie znalazłam ani jednej lampy, wyglądało to tak, jakby ktoś specjalnie chciał zaciemnić to miejsce. Na końcu korytarza zamajaczyło słabe światło. Ruszyłam w jego kierunku, ale zatrzymałam się w połowie, gdy zobaczyłam otwarte drzwi do innego pomieszczenia. Przez chwilę nic nie widziałam w ciemnościach. Lecz gdy moje oczy przyzwyczaiły się do mroku i ujrzałam wreszcie co tam było, musiałam zakryć sobie usta dłonią by nie krzyknąć. Na podłodze leżał zwykły niebieski worek na śmieci, a z niego wystawała brunatna okropna łapa. Podeszłam bliżej, by zerknąć do środka, choć już zaczęło zbierać mi się na wymioty. Ostrożnie odchyliłam worek. W środku... nie było trupa potwora, jak myślałam, ale zwykły strój, wciśnięty byle jak w worek, jakby nie był już potrzebny.
Nagle wszystko rozjaśniło mi się w głowie. To było tak oczywiste, że ledwo zdusiłam w sobie śmiech. To właściciel campingu przebrał się za tego potwora i mnie wczoraj nastraszył! Od razu spadł mi kamień z serca. Bałam się wcześniej, że będziemy musieli stawić czoła temu potworowi, a tu okazuje się, iż to był tylko przebrany facet. Westchnęłam z ulgą i wyszłam z pokoju z powrotem na korytarz.
Słabe światło na końcu korytarza migotało burzliwie. Wolno i ostrożnie ruszyłam w tamtą stronę, ale zaraz znów przystanęłam, gdy doszły mnie rozgorączkowane głosy.
-... dobrze wiesz, że cię kocham i nie chcę, żeby przytrafiło ci się coś złego! – To był głos właściciela campingu, który brzmiał niemal płaczliwie. – Zrób co mówię, proszę! Nie chcę, żeby to się powtórzyło, to niebezpieczne!
- Nie chcę! – odpowiedział kobiecy głos. – Nie zmusisz mnie. Nienawidzę tego żelastwa! Obiecuję, że dzisiaj tego nie zrobię!
- Kochanie, dobrze wiesz, że nie panujesz nad tym. Będzie tak samo, jak wczoraj. A mamy gościa, przyszła do nas.
Drgnęłam. Czy to możliwe żeby właściciel tego campingu miał żonę? Nie mogłam sobie przypomnieć, żeby ktokolwiek o tym choćby wspominał, ale jak dłużej się tak nad tym zastanawiałam, przypomniałam sobie jedynie strzępek rozmowy pani Brodnickiej z którymś ze stałych gości. „...wiem, że są małżeństwem już prawie dwadzieścia lat, ale jeszcze nigdy jej nie widziałam...” Podeszłam bliżej, by słyszeć wyraźniej co mówią, ale przysięgam, że nie chciałam podsłuchiwać!
- Złapali haczyk – mówił dalej właściciel. – Wszystko idzie wspaniale, tak, jak miało być. Tylko teraz tego nie zepsuj, słyszysz? Zrób to! Mówię do ciebie!
- Nie chcę!
Doszły do mnie dźwięki szarpaniny. Już chciałam się wmieszać, gdy usłyszałam głos kobiety.
- Nie nałożę tego. Przedwczoraj mało mi nie wyrwało nadgarstków. Po prostu zamknij drzwi....
- Doskonale wiesz, że to nie wystarczy! Z łatwością je wyważysz!
Ich rozmowa stawała się coraz dziwniejsza. W ogóle nie miałam pojęcia o czym oni mówią, ale wtedy padły słowa, które sprawiły, że wszystkie krótkie włoski na moim karku stanęły dęba.
- To nie może się wydać. Załóż je, a ja pójdę pozbyć się tej dziewczyny. Jeżeli będzie trzeba zabiję ją i będziesz miała co jeść przez jakiś czas...
Wytrzeszczyłam oczy i zakryłam usta dłońmi. Przez chwilę stałam jak sparaliżowana, nie wiedząc co robić, ale w końcu odwróciłam się, chcąc uciec jak najdalej. Oczywiście z moim szczęściem nie mogło się to udać.
Przeszłam kilka kroków, gdy nagle wpadłam na coś i z przeraźliwym hukiem runęłam jak długa na podłogę. Usłyszałam za sobą szmer, a jak się obejrzałam, zobaczyłam niskiego mężczyznę biegnącego w moją stronę. Podniosłam się tak szybko, jak tylko mogłam, ale on już mnie dogonił i wykręcił ręce do tyłu.
- Co słyszałaś?! – krzyknął mi do ucha, ale nic nie odpowiedziałam.
Zawlókł mnie do pomieszczenia, w którym wciąż była druga osoba. Filigranowa kobieta na mój widok wstała z drewnianego krzesła, a w słabym świetle lampy naftowej zobaczyłam, jak momentalnie zbladła. Mimo przerażonej miny, wciąż była piękna, drobna i delikatna. Sam jej wygląd był niewypowiedzianie wzruszający.
Mężczyzna pchnął mnie na podłogę i spojrzał na mnie z góry.
- Nie chciałem, żeby tak wyszło, ale trudno – powiedział do mnie dziwnie obojętnym głosem. Zerknął na swoją żonę, po czym odwrócił się do drzwi. – Będziesz mogła dzisiaj sama to zrobić.
Nie wiedziałam o co chodzi, ale wtedy przez małe okienko wpadł do pomieszczenia maleńki snop księżycowego światła. Kobieta spojrzała na niego najpierw nieco smutnym wzrokiem, a po chwili wystawiła dłoń na jego działanie. Zobaczyłam jak delikatna kobieca dłoń wolno zaczęła zmieniać się w zabójczą wilczą łapę, zakończoną ostrymi szponami. Zaraz po tym całe jej filigranowe ciało zmieniało się potwornie, przesuwając się od wilczej łapy w górę i na resztę ciała, jak jakaś śmiertelna choroba, której nie da się już zatrzymać. Kobieta, a raczej prawie już uformowany stwór skulił się skomląc cicho. Myślałam, że na tym się zakończy sprawa, ale wtedy potwór odchylił się w tył i wydał z siebie przerażający nieludzki ryk, którego nigdy w życiu nie zapomnę.
Za sobą usłyszałam szczęk zamykanych drzwi. Nie wiem jakim cudem, ale akurat wtedy, gdy byłam pozostawiona sama sobie, nie mogłam liczyć na niczyją pomoc – wcale nie byłam zwyczajnie sparaliżowana przez strach. Wszystkie myśli jakby rozjaśniły mi się nagle, miałam jasny, świeży umysł, który pracował z nadzwyczajną prędkością, szukając jakiegoś wyjścia z sytuacji.
Zerknęłam w tył, ale drzwi były już zamknięte. Usłyszałam, że potwór robi zamach, więc w ostatniej chwili przeturlałam się w bok. Stwór wpadł z całym impetem na drzwi, które z łatwością wyważył. Zdziwiony rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu swojej ofiary, a ja w tym czasie rozbiłam lampę i w kompletnych ciemnościach przylgnęłam do ściany. Potwór zamilkł w bezruchu chcąc mnie usłyszeć lub wyczuć mój zapach. Cofnął się do pomieszczenia, pozostawiając wolne wyjście. Najciszej jak mogłam ruszył w stronę drzwi. Już byłam niemal na zewnątrz, gdy wtedy musiałam niechcący coś kopnąć. To były jakieś resztki wyważonych drzwi.
Okropny ryk wypełnił moje uszy, gdy biegłam korytarzem w stronę drzwi do pokoju gościnnego. Wciąż potykałam się o coś, panika jednak zaczęła dawać o sobie znać, krew mocno pulsowała w skroniach, z każdym oddechem coraz bardziej bolały mnie płuca. Nim dobiegłam do drzwi, poczułam szponiastą łapę zamykającą się na moim ramieniu. Potężna siła popchnęła mnie na jedną ze ścian w mrocznym korytarzu.
Z bolesnym jękiem przyłożyłam dłoń do boku, potrząsnęłam głową i zaczęłam czołgać się do pokoju, w którym znalazłam kostium. To przebranie to była tylko przykrywka, bajka, która miała odsunąć naszą uwagę od żony właściciela campingu. To ona była potworem, to ona straszyła w małym lasku, to jej właśnie wszyscy się bali. Gdy właściciel campingu dowiedział się o naszym przyjeździe, musiał coś wymyśleć, żebyśmy nie odkryli prawdy. I my daliśmy się nabrać. Wolał sam się poświęcić niż wydać żonę. Miłość faktycznie jest ślepa.
Wczołgałam się do pomieszczenia i kopniakiem zamknęłam drzwi, ale to było na nic. Potwór wyrwał drzwi z zawiasów i odrzucił je daleko, gdzie roztrzaskały się o ścianę. Zobaczył słaby zarys stwora, który zaczął wolno iść w moją stronę. Przesunęłam się aż na sam koniec pokoju, skąd nie miałam już ucieczki. Bok palił mnie okropnym bólem, ale to nie miało już znaczenia, gdy potwór podniósł ogromną łapę, by zadać ostateczny cios. Zdążyłam jedynie osłonić się ręką, która przyjęła całą siłę ciosu. Jeszcze usłyszałam jakiś szmer, poczułam ciepło krwi spływającej po mojej ręce i skapującej na twarz, a wtedy straciłam przytomność.
***
Kiedy się ocknęłam, pierwsze co usłyszałam, to męski głos. Pod sobą poczułam miękki dywan z pokoju gościnnego właściciela campingu, a na sobie – drżące dłonie Darka. To on przerażonym, rozdygotanym głosem szeptał: „...tylko spróbuj... jeżeli znowu mi to zrobisz, znajdę cię gdziekolwiek będziesz i uduszę własnymi rękami... nie wygłupiaj się... matko, ile straciłaś krwi... nie powinienem był cię w to nigdy wciągać... nie powinienem był cię zostawiać samej... co ja w ogóle wyprawiam?... Marit, nie zostawiaj mnie teraz... co za kretyn ze mnie...”
Wolno otworzyłam oczy, a wtedy jego potok słów urwał się raptownie. Zobaczyłam jego przerażoną i skupioną do granic wytrzymałości twarz. Gdy spojrzałam w dół, na swoje ciało i dłonie Darka, ujrzałam światło przelatujące między jego palcami. Zdziwiona zerknęłam na niego.
- Nie pytaj – odparł tylko. – Nigdy więcej już tego nie użyję. Pierwszy i ostatni raz.
Przykładał dłonie do wszystkich moich obolałych miejsc. Po jakichś piętnastu minutach już nie czułam bólu, a rany były zagojone. Kiedy mogłam już ruszać się sama i usiadłam na podłodze, Darek przygarnął mnie mocno do siebie z wewnętrznym westchnieniem. Kaśka, którą dopiero teraz zauważyłam, również przylgnęła do nas. Długo trwało, nim odsunęli się ode mnie. Wiecie, to był jeden z takim momentów, w którym człowiek uzmysławia sobie, że jego życie wcale nie jest puste. Że ma po co i dla kogo żyć. To są piękne momenty.
Darek pomógł mi wstać i wyszliśmy z domu, by wrócić do campingu pani Brodnickiej. Kiedy zapytałam, co się stało, Kaśka mruknęła tylko, że Darek zastrzelił potwora. Trochę zrobiło mi się przykro, ale nie powiedziałam tego na głos. Gdy doszliśmy już na miejsce, Kaśka pobiegła zadzwonić po policję, a Darek pomógł mi położyć się w namiocie.
- Co będzie z nami? – wypaliłam pośpiesznie w obawie, że zaraz znowu mi ucieknie i już nie zamienię z nim ani słowa.
Spojrzał na mnie smutnym, ale nie zdziwionym wzrokiem.
- Nic.
- Jak to: „nic”?
Westchnął.
- Nie możemy, nam nawet nie wolno być razem. To oznacza tylko kłopoty. Widzisz, co się dzisiaj stało.
- Ale... – Chciałam powiedzieć, że stało się to, co się stało właśnie przez jego upór, ale przerwał mi.
- Nie! Nie ma o czym mówić. Już nigdy więcej cię nie dotknę. Nigdy nie powinienem był pozwolić ci dołączyć do moich misji. Koniec z tym. Teraz będę działał w pojedynkę.
Usiadłam gwałtownie i zagroziłam mu palcem.
- Ani mi się waż! – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
Wtedy do namiotu weszła Kaśka i przerwała naszą rozmowę. Nigdy nie miało być nam dane dokończyć jej. Po kilku minutach przyjechała policja, zamknęli właściciela sąsiedniego campingu, a my niedługo po tym siedzieliśmy już w samochodzie w drodze powrotnej do domu. Całą podróż nikt nie wypowiedział ani słowa.

Marit
komentarze [1]

9. – Domniemany Potwór – cz. II. >> niedziela, 13 lipica 2008 21:56:36
Obudził mnie krzyk pani Brodnickiej.
- Czy pan sugeruje, że to ja zrobiłam?! No jasne! Wzięłam sekator i powycinałam sobie dziurki w płocie! Chciałam wyciąć serduszko, ale wyszło co wyszło! Niech pan idzie do diabła!
Przetoczyłam się na bok, ale Kaśki nie było. Usiadłam więc, szukając swoich ubrań. Kiedy zobaczyłam podartą koszulę, zdziwiłam się, ale potem przypomniałam sobie, co się stało. Ciężko było mi uwierzyć, że coś takiego kiedykolwiek miało miejsce. To było zbyt piękne.
- No a kto to zrobił?! Może jeszcze mi pani powie, że sam wyciąłem sobie dziurę w płocie! Jak nie pani to kto?!
Złapałam za dżinsy i wciągnęłam je pośpiesznie. Ściągnęłam podartą koszulkę, by móc ubrać stanik. Właśnie zapinałam go, gdy poły namiotu rozwarły się.
- O! Już nie śpisz! – powiedziała Kaśka. Westchnęłam zawiedziona, ale gdy podniosłam wzrok i spojrzałam ponad jej ramieniem, zobaczyłam speszone spojrzenie Darka. Kaśka zamknęła szybko namiot, żeby nikt mnie nie zobaczył w staniku. Trochę za późno. – Ubieraj się! Darek mówi, że szybko zakończymy tą sprawę. Właśnie przyszedł właściciel sąsiedniego campingu, bo ktoś wyciął mu dziurę w płocie dzisiaj w nocy.
- Wiem, słyszałam – odparłam zmęczonym głosem.
Zarzuciłam na siebie trochę przyciasną bluzeczkę i ubrałam trampki. Chwyciłam grzebień, żeby przeczesać włosy.
- Proszę się uspokoić, jakoś wyjaśnimy tę sprawę... – usłyszałam głos Darka.
- CO MI PAN TU BĘDZIE JAKIEŚ GŁUPOTY GADAŁ?! W MOIM PŁOCIE JEST DZIURA! WIELKA DZIURA! MA MI ZA NIĄ KTOŚ ZAPŁACIĆ, ALBO PÓJDĘ Z TYM DO SĄDU!
Usłyszałam oddalające się kroki. Schowałam grzebień do plecaka i ostrożnie wyjrzałam na zewnątrz. Średniego wzrostu mężczyzna, z wyraźną łysiną, śmiesznym wąsikiem i wielgachnymi okularami na nosie szedł szybko w stronę bramy sąsiedniego campingu.
Wzruszyłam ramionami i wyszłam z namiotu. Na mój widok Darek odwrócił się, by odejść w stronę dziury w płocie. Zerknęłam na niego nieco zaskoczona, ale nic nie powiedziałam.
- Od samego rana jest jakiś taki przybity – zaświergotała mi Kaśka do ucha.
Odwróciłam się w jej stronę z mordem w oczach.
- JEST rano – odparłam tylko.
Cały dzień Darek chodził wszędzie, gdzie się dało i rozmawiał ze wszystkimi, tylko nie ze mną. Nie wiedziałam, co się dzieje, dlatego cała ta sytuacja była dla mnie z każdą minutą coraz trudniejsza do zniesienia. Kaśka stwierdziła, że to przez jej przyłapanie nas na gorącym uczynku, ale coś mi mówiło, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Szukałam chociaż chwilki sam na sam z nim, żeby móc porozmawiać, ale on unikał mnie specjalnie.
Ponieważ i tak nie było szans dogadać się z Darkiem, musiałam znaleźć sobie coś do roboty. Kaśka biegała wciąż za nim, więc zostałam sama. Obejrzałam dokładnie dziurę w płocie, przypominając sobie, że poprzedniego wieczoru byłam przy tym miejscu, ale dziury jeszcze tam nie było. Było to obok ławki, przy której w nocy spotkałam potwora. Przyjrzałam się uważniej drutom wystającym z metalowej siatki, która stanowiła płot campingu. Na jednym z nich ujrzałam małą kulkę włosów. Wyglądały jak szara sierść jakiegoś zwierzęcia. Wysunęłam więc hipotezę, że dziurę zrobił potwór, którego widziałam zeszłej nocy. Chciałam pójść do Darka podzielić się z nim moją opinią, ale szybko porzuciłam tę myśl. I tak nie miałby dla mnie czasu.
Postanowiłam więc, że pójdę do właściciela sąsiedniego campingu i z nim o tym porozmawiam. Pomyślałam, że może powie mi też coś, co przyda mi się w tej sprawie. Pewnie i tak już wszystko powiedział Darkowi, ale ten i tak nic mi z tego nie powie.
Przechodząc przez pole namiotowe usłyszałam urywek rozmowy dwóch dziewczyn, które ubrane były na czarno i mocno pomalowane. Gotki.
- ...taki dziwny kostium... – mówiła jedna.
- No tak, dziwne, dziwne... – odparła druga na to kręcąc głową. Podniosła wzrok na mnie i uśmiechnęła się. – Fanka potworów?
Speszyłam się nieco, nie wiedząc czy odpowiedzieć, czy odejść po prostu. Ale nie wypadało.
- Nie, zwalczam je – odparłam po prostu i podeszłam do nich. Dziewczyny siedziały na kocu rozłożonym na trawie. Jedna z nich, ta pierwsza, poklepała miejsce obok siebie, ale podziękowałam oznajmiając, że zaraz muszę iść.
- Więc zwalczasz potwory, tak? – zapytała druga z dziewcząt, przyglądając mi się uważnie, ale życzliwie i z zaintrygowaniem.
- No tak – rzuciłam niedbale.
- My je uwielbiamy! – powiedziała ta pierwsza. Obie wymieniły porozumiewawcze uśmiechy. – Przejechałyśmy prawie całą Polskę, żeby zobaczyć tego potwora, który ponoć tu grasuje. Jesteśmy już tydzień na tym campingu i jeszcze nic nie widziałyśmy, ale mamy wiarę!
- Ja przyjechałam wczoraj i już go widziałam – odparłam na to, kierując spojrzenie na bramę sąsiedniego campingu, chcąc móc udać się w tamtą stronę. – Właśnie staram się wyjaśnić tą sprawę. Trzeba się go pozbyć.
Dziewczyny spojrzały na mnie oczami wielkimi jak spodki.
- Już go widziałaś?! Jaki on jest?! Jakie to uczucie?! – mówiły jedna przez drugą.
Zerknęłam na nie zdezorientowana, a po chwili wahania, powiedziałam:
- Przerażające. A teraz wybaczcie, ale mam sprawy do załatwienia. Muszę lecieć coś pogromić, bo wypadnę z rytmu!
Pomachałam im i odeszłam do sąsiedniego campingu. Matko, „muszę coś pogromić, bo wypadnę z rytmu”? Chyba już wypadłam.
Przeszłam przez szeroki camping, w którym było o wiele więcej gości niż w campingu pani Brodnickiej, i stanęłam przed drzwiami wielkiego domu. Ostrożnie zapukałam do drzwi. Czekałam dosyć długo, nim w końcu łysiejący ze śmiesznym asem właściciel otworzył mi drzwi. Spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem.
- Dzień dobry, nazywam się Marit – zaczęłam niepewnie. Westchnęłam głośno, żeby dodać sobie odwagi i zakończyłam: - Zajmuję się sprawą tego potwora, który straszy na terenie sąsiedniego campingu. Chciałabym panu zadać kilka pytań.
Mężczyzna spojrzał na mnie jakoś dziwnie, a na ułamek sekundy prze jego twarz przebiegł ledwo widoczny cień. Uśmiechnął się wesoło.
- Oczywiście! – powiedział, czyniąc zapraszający gest. – Chętnie odpowiem! W końcu ktoś zainteresował się tą sprawą! Proszę wejść!
Przestąpiłam próg wielkiego domu, a drzwi zatrzasnęły się za mną ze złowrogim skrzypieniem.
***
- Jesteście tego pewne? – zapytał Darek patrząc uważnie na jedną z gotek, które niemal w uwielbieniem patrzyły na niego. Jak można się domyśleć, w ich oczach był super bohaterem, pogromcą wielkich potworów.
- Tak, tak! – odpowiedziała mu. – Sama widziałam, jak ten łysiejący facet targał ze sobą nad ranem taki ogromny kostium, włochaty i dziwny, zupełnie nie pasujący na bal kostiumowy, czy coś takiego...
Darek spojrzał wymownie na Kaśkę, która z powagą pokiwała głową.
- Czyli mamy tego potwora – powiedział do niej, i oboje ruszyli w stronę namiotów. – Camping Pani Brodnickiej leży bliżej drogi głównej, więc miała zawsze więcej gości. Pan Bednarczyk natomiast musiał coś wymyślić, żeby odzyskać choć część klientów.
- I tak wpadł na pomysł z przebraniem – dopowiedziała Kaśka, starając się dotrzymać mu kroku. – To on jest tym potworem. Tylko udawał, żeby odstraszyć gości z campingu pani Brodnickiej. – Zamilkła na chwilę. – Myślisz, że byłby zdolny do czegoś gorszego niż straszenia? Mam na myśli, czy wczoraj w nocy mógł coś zrobić Marit? No wiesz, coś poważnego...
Darek spojrzał na nią z zamyśleniem. Zatrzymali się przed namiotami, ale jeszcze nie rozchodzili się do sowich.
- Nie wiem – odparł po chwili. – Za tego typu numery, czyli za umyślne przeszkadzanie w interesach pani Brodnickiej, grozi mu kara. Może nie od razu więzienie, ale na pewno wysoka grzywna. Myślę, że mógłby być zdolny zrobić coś gorszego...
Westchnął ciężko, patrząc w stronę namiotu dziewczyn. Pożegnał się z Kaśką i udał się do swojego namiotu. Tam zebrał księgi do plecaka, po czym zaczął zbierać swoje rzeczy. Sprawa została rozwiązana, więc nie było sensu dłużej zostawać w campingu. Wziął się za składanie śpiwora, nim jednak zdążył choćby złożyć go na pół, do namiotu wparowała Kaśka.
- Darek, Marit nigdzie nie ma – powiedziała bez ogródek. Darek spojrzał na nią pytającym wzrokiem, w którym mogła również wyczytać lęk. – No, w namiocie jej nie ma, szukałam w toaletach, pobiegłam sprawdzić przy ławkach, byłam wszędzie w campingu, ale jej nie ma.
Starając się nie panikować, wyszedł na zewnątrz. Rozejrzał się uważnie.
- Może poszła się przejść gdzieś dalej... – zaproponował Darek, chociaż sam w to nie wierzył.
- Przecież mieliśmy stąd nigdzie nie wychodzić, nie poszłaby – odparła Kaśka, wcale nie dbając o pozory. Już zaczęła panikować.
- Chodź, popytamy ludzi – powiedział i ruszył w stronę gotek. Na jego widok dziewczyny ożywiły się momentalnie. Zwróciły na niego swoje pełne oddania spojrzenia. Darek od razu przeszedł do konkretów. – Czy nie widziałyście może Marit?
Popatrzyły po sobie.
- To ta taka czarnowłosa dziewczyna, która powiedziała, że też zwalcza potwory?
Oboje pokiwali głowami.
- A tak, widziałyśmy ją.
- Gdzie? Gdzie poszła?
Jedna z nich wskazała palcem bramę sąsiedniego campingu.
- Powiedziała, że musi coś załatwić, coś „pogromić”. Dziwnie to zabrzmiało.
- Tak, dziwne to było.
Darek już ich nie słuchał. Spojrzał na Kaśkę wielkimi oczami jak pięć złotych.
- Czy ty myślisz o tym samym, co ja? – powiedziała Kaśka.
- Tak...
I czym prędzej puścili się biegiem w stronę sąsiedniego campingu.

Marit
komentarze [4]

9. - Domniemany Potwór - cz. I. >> sobota, 28 czerwca 2008 15:42:05
Szczerze powiem, że nigdy nie wierzyłam w sukces naszej działalności. Nigdy nie wierzyłam, że nasza walka z mrocznym światem i złem czającym się w nim zostanie choćby zauważona. Marzyłam o tym, to prawda, ale nigdy nie wierzyłam.
Jedno wam powiem: walka ze złem to nie bułka z masłem. Zwłaszcza, gdy okazuje się, że źródłem tego zła wcale nie jest mroczny świat. Kiedy tylko Darek wrócił do siebie, zostawiając mnie samą po tym moim koszmarze, zadzwoniła do niego pewna kobieta z prośbą, abyśmy udowodnili bezpodstawność plotek o potworze z lasu przy ich miasteczku. Od kogoś dowiedziała się, że „zajmujemy się sprawami paranormalnymi”, jak się wyraziła. Kobieta miała camping w pobliżu tego lasku, a plotki nie pomagały jej w interesach. Sama twierdziła, że nigdy nie słyszała choćby szumu w krzakach, dlatego trzeba było położyć kres tym plotkom, które tylko przeszkadzały ludziom w ich uczciwej pracy. W sumie, gdy dowiedziałam się, jakie ceny wyznaczała pani Brodnicka, zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno brak gości jest spowodowany plotkami.
Do campingu pojechaliśmy już następnego dnia. Darkowi udało się wszystko załatwić wyjątkowo szybko, więc nim się z Kaśką obejrzałyśmy, już byłyśmy z nim w drodze do owego miasta, w którym znajdował się camping. Na miejsce dotarliśmy w późne popołudnie. Słońce jeszcze świeciło jasno, ale wieczór zbliżał się ogromnymi krokami. Wiedziałam, że musimy załatwić wszystko jak najszybciej, byle tylko nie czekać z tym do nocy. Niestety na miejscu okazało się, że co najmniej jedną noc będziemy musieli tam spędzić.
Pani Brodnicka pokazała nam miejsce, a my rozstawiliśmy namioty. Ja spałam z Kaśką w jednym, a Darek osobno. Uznaliśmy, że tak będzie najlepiej, chociaż nie do końca bezpiecznie, zważywszy na to, że zawsze pakujemy się z Kaśką w kłopoty o ile w ogóle jest taka możliwość. Tym razem wcale nie było inaczej.
Wieczorem, gdy słońce wolno zaczęło zachodzić, poszłam z nią na spacer po owym lesie, mając nadzieję, że może coś zauważymy ciekawego. Chodziłyśmy po nim jakąś godzinę, ale nie był to zbyt wielki las, dlatego po godzinie zaczął nas nieco irytować, gdyż znałyśmy już jego każdy zakątek na pamięć. Usiadłyśmy więc na ławce przy ogrodzeniu sąsiedniego campingu.
- Ej, Marit... – zaczęła Kaśka, jakby nie wiedziała, co chce powiedzieć. Położyłam księgę, którą wzięłam na wszelki wypadek, na ławce obok, a Kaśka wbiła w nią nieobecny wzrok. – Pamiętasz ten koszmar, co Ci się śnił, i potem Darek został u nas przez jakiś czas, żeby... no, nawet nie wiem do końca, po co. Pamiętasz ten sen? Co to było?
Zerknęłam na nią z ukosa, po czym oparłam się wygodnie i wyciągnęłam nogi przed siebie. Z lasu wyleciała chmara kruków, przecinając płonące niebo od zachodu słońca.
- Demon Snu – mruknęłam cicho. Kaśka wbiła we mnie wyczekujące spojrzenie. – To był Demon Snu. Chodziło mu o... medalion. Ale żeby go dostać musiał najpierw wtłoczyć w mój mózg koszmary. – Uśmiechnęłam się gorzko, nie do końca wiedząc, czy chcę o tym mówić. Gdy tak milczałam, doszłam do wniosku, że te koszmary wcale nie były aż tak straszne, jak wtedy, gdy mi się śniły. – Tak naprawdę – zaczęłam po chwili – to wszystko było bardziej śmieszne niż straszne. Wiesz, kto mi się śnił? Darek.
Za nami w krzakach coś trzasnęło cicho. Jakby łamiąca się gałązka. Zerknęłyśmy tam przestraszone, ale nic nie zobaczyłyśmy. Po chwili doszłyśmy do wniosku, że musiał być to jakiś ptak albo wiewiórka.
- Darek? – zapytała Kaśka wracając na miejsce, jakby nigdy nic. Co chwilę zerkała przez ramię zlękniona. – Ale jak to? Boisz się go, czy jak?
- Nie! – odparłam nieco za szybko. Westchnęłam. – To znaczy, trochę. A raczej tego, że... Hmm, jakie to skomplikowane... W sumie sama nie wiem czego się boję. Przecież nie jest taki zły...
Kaśka patrzyła na mnie wymownie.
- Aha, rozumiem – powiedziała dobitnie, ledwo powstrzymując się od śmiechu.
- Nie o to chodzi! – warknęłam i popchnęłam ją lekką, na co wybuchnęła śmiechem. – Oj, zamknij się!
- Wiedziałam! – krzyknęła, łapiąc się za brzuch ze śmiechu. – Wiedziałam, że wy ten teges!
Odwróciłam się od niej, obrażona nie wiadomo na co.
- No i nie opowiem ci reszty snu, a co! – powiedziałam zakładając ramiona przed sobą.
Kaśka zamknęła się i szybko usiadła przede mną, żeby mnie dobrze widzieć. Wbiła we mnie zaintrygowany wzrok.
- No powiedz! Błagam! To musi być najciekawsze, nie pozbawiaj mnie tej przyjemności!
Westchnęłam ostentacyjnie, jakbym robiła jej niewiadomo jaką łaskę, po czym zaczęłam:
- No dobra. Chodzi o to, że... śniło mi się, że z nim... spałam.
- No co ty! – nie mogła się powstrzymać Kaśka.
- On był jakiś taki czuły i... hmm, kleił się do mnie, wiesz co mam na myśli. Taki jak nie on, a jednak... było to nawet całkiem przyjemne. Chociaż wtedy byłam przerażona, jak obudziłam się obok niego, NAGIEGO, w ogóle nie wiedząc o co chodzi, rozumiesz... Ten Darek ze snu był inny, cieplejszy, bardziej chętny do... no wiesz. Po prostu robił to, co chciał. Wkurza mnie to, że ten prawdziwy Darek tak się przed wszystkim wstrzymuje. Jest taki opanowany, taki chłodny, taki... nieprzystępny. Czasami po prostu doprowadza mnie to do pasji! Ech!
- Tak, wiem co masz na myśli... – powiedziała Kaśka dziwnie rozmarzona.
- Ale potem w tym śnie Darek zamienił się w Demona Snu. I on chciał medalionu. – Uśmiechnęłam się z satysfakcją. – Ale go nie dostał.
Znowu coś cicho trzasnęło za nami.
- Wiesz co – powiedziałam do Kaśki, patrząc uważnie na krzaki. – Słońce zaszło, może lepiej już pójdziemy, co?
Wstałyśmy pospiesznie i ruszyłyśmy w stronę naszych namiotów.
***
Obudziłam się w środku nocy i nie mogłam zasnąć. Leżałam długo w ciemnościach, myśląc. Kaśka po chwili również się obudziła i poszła za potrzebą, zostawiając mnie samą. Gdy tak się zastanawiałam, nagle przypomniało mi się, że przecież zapomniałam wziąć księgi z ławki przy lesie. Musiałam po nią iść, chociaż bałam się trochę sama. Ale pomyślałam, że skoro Kaśka jest na tyle odważna, żeby samotnie pójść do toalety, to i ja mogę sama przejść się kawałek po książkę.
Kiedy tylko wysunęłam się z namiotu, od razu pożałowałam swojego pomysłu. Było tak ciemno, że nie widziałam nawet swojej wyciągniętej ręki. Ale jak powiedziało się „a”, trzeba powiedzieć „b”.
Wolno, wciąż potykając się o wszystko, ruszyłam w ciemność w kierunku, który instynktownie uznałam za słuszny. Po jakichś pięciu minutach, doszłam do czegoś, co w ostateczności mogło przypominać ławkę. Położyłam na niej obie dłonie i zaczęłam szukać księgi. Pierwsza ławka – nie ma. Druga ławka – nie ma. Trzecia ławka – o! Wyglądało na to, że znalazłam księgę. Była jednak otwarta, a ja nie zostawiłam jej otwartej. Zamknęłam ją więc, wzięłam z ławki i rozejrzałam się uważnie, mając nadzieję, że mimo wszystko coś zobaczę. Ale nie musiałam nic widzieć.
Po drugiej stronie ławki, tam, gdzie powinny być krzaki, coś zaszeleściło. Zesztywniałam przerażona, wpatrując się intensywnie w ciemność. Przez chwilę znów panowała cisza. Przez chwilę zupełnie nic się nie działo, aż tu nagle jak coś nie łupnie! Usłyszałam, że „owo coś” wyskoczyło zza krzaków i zatrzymało się jakieś dwa metry ode mnie. Moje oczy zdążyły się trochę przyzwyczaić do ciemności, więc widziałam słaby zarys czegoś, co na pewno nie było człowiekiem i ławki między mną a potworem. „To coś” stało równie nieruchomo, jak ja. Jakby czekało. Do moich uszu dotarło ciche sapanie i powarkiwanie, ciężki oddech tego czegoś, przez ułamek sekundy blask księżyca odbił się od jego ślepi. Zabrakło mi tchu. Zaczęłam się cofać, w porywie instynktu samozachowawczego. Nie wiedziałam, co to jest i czego chce ode mnie. Wiedziała jedynie, że na pewno nie ma dobrych zamiarów.
W pewnym momencie zobaczyłam jak potwór wyciąga wolno łapę w moją stronę. Zrobiłam kilka nerwowych kroków w tył, a wtedy „to coś” przeskoczyło przez ławkę i szybko ruszyło ku mnie. Przerażona wrzasnęłam głośno, ścisnęłam mocniej księgę i ile sił w nogach pobiegłam w stronę namiotów. Wpadłam do naszego, w którym wciąż nie było Kaśki i schowałam się w śpiworze, jakby tylko to mogło uratować mnie przed potworem. Poczułam, jak coś ściąga ze mnie śpiwór. Krzyknęłam przestraszona.
- Spokojnie! – powiedział Darek, zapalając latarkę. – To ja!
- Darek? – wyrzuciłam z siebie, przerażona jak diabli i niewiele myśląc rzuciłam się w jego ramiona.
Nie odsunął się, ani nie odtrącił mnie. Tulił mnie do siebie dosyć długo, aż całkowicie się nie uspokoiłam. Byłam bliska płaczu.
- Przepraszam – wydusiłam z siebie , odchylając się lekko, by spojrzeć mu w twarz. – Tam coś było, widziałam to! Goniło mnie, a ja...
- Wiem, spokojnie! – przerwał mi Darek, czule dotykając moich włosów. – Też to widziałem. Ale jak się tylko pojawiłem, to uciekło w las. Było za ciemno, by dokładnie stwierdzić, co to było.
- Co ty robisz? – zapytałam cicho, czując jego dłoń na policzku.
Milczał długo. Widziałam jego błękitne oczy patrzące w moje tak intensywnie, że poczułam się, jakbym była zupełnie naga. Poczułam, jak drugą dłoń kładzie na moich plecach i delikatnie całym sobą popycha mnie na poduszkę. Moje oczy zrobiły się wielkie jak pięć złotych.
- Darek...
- Ciii! – przerwał mi, kładąc kciuk na moich ustach. Wolno przesunął nim po dolnej wardze, aż poczułam dreszcze. Drugą rękę z pleców przełożył na moje kolano, przesuwając ją ostrożnie ku górze, pod cienką koszulkę nocną, którą miałam na sobie. Położył się na mnie, a jego oczy błyszczały. – Słyszałem dzisiaj twoją rozmowę z Kaśką – wyszeptał z trudem, jakby brakowało mu powietrza. – Poszedłem za wami, bo bałem się, że może wam się coś stać. Nie chciałem podsłuchiwać, ale... mówiłyście o mnie, więc... – Omiótł głodnym spojrzeniem moją twarz. – Mówiłaś, że w twoim śnie, byłem... inny. Cieplejszy. Czuły... Chciałabyś, bym brał, co chcę. Czego pragnę... Więc biorę...
Pochylił się i wolno ucałował moje usta, jakby z wahaniem lub lękiem. Na chwilę znieruchomiał, a mi wydawało się, że mija wieczność. Nasze wargi skleiły się namiętnie, a on jakby czekał na coś wahając się. W końcu, jakby coś w nim pękło, wpił się w moje usta pożądliwie, nieopanowanie, niemal brutalnie, z dziką żądzą, a ja westchnęłam z nieopisaną ulgą, jakby w końcu nadszedł kres moich cierpień, po czym zarzuciłam mu ręce na szyję, czym poddałam się jego woli.
Szarpnął dłonią, a moja koszula pękła z trzaskiem. Jęki wydobywające się z jego ust były tak podniecające, że przylgnęłam do niego całą sobą, nie mogąc się powstrzymać. Koszula pękając odsłoniła dolną część mojej bielizny. Darek odchylił się lekko, by całkiem rozerwać koszulę, gdyż wyczuł, że nie mam stanika.
Do namiotu weszła Kaśka.
- O! Przepraszam! – powiedziała na widok Darka, dosłownie zdzierającego ze mnie koszulę, wiszącego nade mną na łokciu. Spojrzała na nas surowo. – Ale wy jesteście szybcy! Nawet załatwić się nie można!
Darek wstał pośpiesznie, poprawił ubranie i rzucając mi ostatnie głodne spojrzenie, wyszedł. Westchnęłam zawiedziona.
- Zawsze wiesz, kiedy – powiedziałam cicho, na co Kaśka wybuchnęła śmiechem.
Poprawiłam na sobie koszulę, z której i tak niewiele już zostało, po czym odwróciłam się tyłem do niej. Dużo myślałam tej nocy. O Darku, a tym, że słyszał, jak opowiadałam sen Kaśce, i o potworze. Musieliśmy dowiedzieć się, co to było, i jeśli to możliwe – zniszczyć go. W pamięci przejrzałam zaklęcia z księgi, zastanawiając się, które mogłyby być przydatne, ale niewiele wymyśliłam.
I tak oto, obmyślając plan pozbycia się potwora z lasu, próbowałam stłumić ogień, jaki Darek we mnie rozpalił, pozostawiając go samemu sobie.

Marit
komentarze [1]

8. Demony. >> poniedziałek, 23 czerwca 2008 22:23:33
Sporo czasu minęło od poprzedniej misji. Darek w ogóle nie dawał znaku życia, a Kaśka miała ważniejsze sprawy. Szwendając się przez te spokojne dni z jednego miejsca na drugie, załatwiając różne nudne sprawy, wciąż myślałam o zadaniach, tęskniłam za następnym i wolno uświadamiałam sobie, że to jest to, co chcę robić. Że do niczego innego się nie nadaję, mimo tego, iż są one takie trudne. Dlatego w wolnych chwilach, gdy tylko znalazłam czas, czyli prawie cały czas, uczyłam się zaklęć i przeglądałam księgi od Darka. Nie zdawałam sobie jednak sprawy z tego, że zdarzają się zadania indywidualne. A to właśnie przytrafiło mi się kilka dni po misji na starym zamczysku.
Tego dnia bardzo późno ułożyłam się do snu. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca, szukałam różnych ciekawych zajęć, przejrzałam księgę, którą prawie znałam na pamięć, w końcu postawiłam na zwykłe oglądanie telewizji. Szczerze mówiąc, bałam się iść spać, bo przez cały wieczór towarzyszyło mi dziwne uczucie, jakby ktoś mnie obserwował. Może to tylko takie wrażenie, ale miało obezwładniającą siłę, toteż spać poszłam dopiero grubo po północy.
Zasnąć jednak nie było mi trudno. Ledwie przyłożyłam głowę do poduszki, a już byłam pogrążona w śnie. Sen miałam bardzo niespokojny. A to nie działo się bez przyczyny.
Gdy się ocknęłam, otaczała mnie ciemność. Z początku myślałam, że po prostu wciąż jest środek nocy. Wtedy jednak uzmysłowiłam sobie, że wcale nie jestem w swoim łóżku, nie leżę pod kołdrą, ale z każdej strony, bardzo blisko, otaczają mnie deski. Jak się okazało, miałam też na sobie zwykłe ubranie, poszukałam więc w kieszeniach i znalazłam pudełko zapałek. Szybko zapaliłam jedną z nich, ale jeszcze szybciej ją zgasiłam.
Ku mojej wielkiej zgrozie, deskami okazała się zwykła drewniana trumna. Z mocno bijącym sercem spróbowałam podnieść wieko, ale ani drgnęło. Od razu poczułam duszności, brakowało mi powietrza. Krew pulsowała w skroniach, zaczęłam cała drżeć, wiedziałam, że ogarnia mnie panika. Nie panując nad sobą zaczęłam wrzeszczeć i walić pięściami w wieko. Trwało to jednak krótko. Zaczęło boleć mnie gardło, dłonie piekły, panika ustąpiła. Znieruchomiałam zrezygnowana.
- Ale wdepnęłam – szepnęłam cicho.
Wreszcie mogłam racjonalnie myśleć. Wzięłam kilka głębokich oddechów, potarłam twarz dłonią i zaczęłam kombinować.
Cisza. Ta cisza, która ogarniała wtedy wszystko, była najgorsza. Już lepsze były moje wrzaski, choć takie żałosne... Ale musiałam ją znosić, bo jak inaczej można by się zastanowić? Milczałam więc, kombinując. Czekałam, myślałam, czekałam, próbowałam otworzyć wieko, czekałam, myślałam, czekałam... Nie wiem, ile tak leżałam czekając na Bóg jeden wie co, gdy nagle po prostu straciłam przytomność.
Wtedy obudziłam się z krzykiem. Był już ranek, przyjemne słońce zalewało mój pokój, a ja leżałam we własnym łóżku pod ciepłą kołdrą, z resztkami snu na powiekach. Wypuściłam powietrze i ukryłam twarz w dłoniach.
- Ale koszmar... – powiedziałam sama do siebie.
Nagle otoczyły mnie czyjeś ramiona. Poczułam nagą klatę na ramieniu i czyjeś usta przy uchu.
- Już dobrze, jestem przy tobie...
Zesztywniałam. Wolno z wahaniem opuściłam dłonie i odwróciłam głowę w bok. Spojrzałam w błękitne oczy Darka i otworzyłam buzię, by coś powiedzieć, ale nim zdążyłam się odezwać, wpił się w moje usta.
Oderwałam się od niego i zeskoczyłam z łóżka. Zobaczyłam, że mam na sobie jedynie moją najładniejszą koronkową bieliznę, którą dostałam od Kaśki. Gdy Darek zaczął błądzić zamglonym wzrokiem po moim ciele, zerwałam poduszkę i zszokowana zaczęłam zakrywać się nią. Zaskoczony, w samych gaciach, wstał z łóżka i podszedł do mnie.
- O co chodzi? – zapytał marszcząc brwi. Chciał mnie objąć, ale odsunęłam się. – O co chodzi? – powtórzył.
- Co... ty tu... robisz? – wyrzuciłam z siebie na wydechu, co musiało wyglądać niezbyt inteligentnie.
Darek przyjrzał mi się uważnie.
- Śpię z tobą? – odparł ze śmiechem i przytulił mnie mocno. – Och, Marit, daj spokój!
Odsunęłam go od siebie na wyciągnięcie ręki.
- Mogłabym to samo powiedzieć do ciebie.
- Żartujesz teraz?
- Nie.
Przymrużył oczy podejrzliwie, po czym zaczął się śmiać.
- Dobrze, niech będzie po twojemu!
Wziął mnie na ręce nim zdążyłam się zorientować, o co chodzi i rzucił mnie na łóżko. Chwilę potem leżał już na mnie.
- Chcesz powtórki, tak? – powiedział przyciskając swoje usta do moich.
Odchyliłam się i zasłoniłam mu usta dłonią, żeby więcej nie robił tego, co robił. W głowie huczało mi od myśli. Bardzo interesujących, trzeba podkreślić, typu: „Czy on leci sobie ze mną w kulki?”. Nie wiedziałam, co o tym sądzić, ani choćby co robić w takiej sytuacji. W ogóle nie wydawało mi się to rzeczywiste, ale ostatnio niewiele rzeczy w moim życiu jest rzeczywiste.
Skrzywiłam się i rzuciłam mu zniesmaczone spojrzenie.
- Niczego nie chcę powtarzać i złaź ze mnie! – warknęłam, na co on zareagował automatycznie.
Darek przetoczył się na bok, by mnie uwolnić. Zerwałam się z łóżka, złapałam koszulę, która leżała na podłodze obok łóżka, chcąc ją ubrać, by zasłonić bieliznę, po czym usiadłam na krześle przy biurku. Długą chwilę tylko gapiłam się na niego, prawie nagiego, starając to sobie jakoś ułożyć.
- Czy my...? – zaczęłam nie do końca pewna, jakie pytanie chcę ułożyć.
- To ty nic nie pamiętasz? – zapytał i usiadł na krawędzi łóżka. W świetle słońca jego klata i idealnie wyrzeźbiony brzuch były aż za bardzo widoczne, ech!
- Eee... To ja tu zadaję pytania! – powiedziałam głupkowato.
- Proszę bardzo, pani kapitan – odparł, odchylając się do tyłu i prezentując wspaniałe mięśnie.
Potrząsnęłam głową, żeby zebrać się do kupy. Boże, przed czym ja się bronię?
- Czy tej nocy coś...
- Tak.
Krótko, zwięźle i na temat. Ukryłam twarz w dłoniach.
- Nie mogę uwierzyć, że nie pamiętasz – zaczął mówić Darek, kiedy ja pogrążałam się w rozpaczy. – Zwłaszcza, że tak krzyczałaś, gdy...
- Dość! – przerwałam mu, łapiąc oddech. Wstałam i ruszyłam do łazienki. – Mógłbyś mi chociaż oszczędzić szczegółów...
W łazience stanęłam przed lustrem i długo obserwowałam swoją twarz. Ciężko było mi w to wszystko uwierzyć, zrozumieć to. Jak mogłam się z nim przespać? Jak mogłam w ogóle dopuścić do takiej sytuacji?... Jednak było w tym wszystkim coś, co nie dawało mi spokoju.
Przez chwilę wydało mi się, że moja twarz ma zatarte kontury. Jakby znikała. Gdy chciałam przyjrzeć się jej dokładnie, do łazienki wszedł Darek. Stanął za mną i klepnął mnie w tyłek. Spojrzałam na niego zdezorientowana.
- I jak? – zapytał, wolno przesuwając dłonie po moim brzuchu. – Już uporałaś się z tym koszmarem? – Przyłożył brodę do mojego ramienia. - Możemy kontynuować?
W lustrze widziałam odbicie jego twarzy. Przez moment wydawało mi się, że w jego oczach widzę żółty błysk, ale trwało to zbyt krótko.
Spróbowałam ściągnąć jego ramiona z siebie, ale przytrzymał mnie mocno. Rzuciłam mu pytające spojrzenie. Przycisnął mnie mocno do siebie, jedną ręką odgarnął moje czarne włosy, po czym przyłożył usta do mojego ucha, szepcząc:
- Może być jeszcze gorzej – ledwie dosłyszałam, jakby ten ktoś, kto w ogóle już mi nie przypominał Darka, bał się, że zostanie usłyszany przez nieodpowiednie osoby. Szarpnęłam się, ale tylko przycisnął mnie mocniej, aż poczułam ból od uścisku na brzuchu. W lusterku zobaczyłam rosnące czarne pazury u jego dłoni. – Mogę sprawić, że to wszystko będzie jeszcze trudniejsze... Chyba, że...
Spojrzałam mu w oczy, które już nie były błękitne.
- „Chyba, że” co? – zapytałam twardo.
Wysunął rozdwojony czarny język z ust i polizał nim moje ucho.
- Chyba, że... – zaczął wolno, nie przerywając. - ...oddasz mi medalion...
Mój wzrok zsunął się na dekolt. Poczułam jego szponiastą szarą dłoń przesuwającą się po moim biuście w stronę medalionu. Nie zdołał jednak go choćby dotknąć. Cofnął dłoń, lub raczej łapę.
- Jeżeli go tak bardzo chcesz, to czemu go sobie po prostu nie weźmiesz? – zapytałam wściekle, starając sobie za wszelką cenę przypomnieć jakieś zaklęcia.
- Medalion może zostać jedynie ofiarowany – odparł szeptem, przypominającym teraz syk węża. Szponami u jednej dłoni zaczął gładzić mój policzek, co wyglądało wystarczająco obrzydliwie. – Dlatego chcę, żebyś mi go dała...
Podniosłam dłoń i ujęłam ostrożnie medalion. Odsunął się, bym mogła zdjąć łańcuszek z szyi, co też uczyniłam.
- Zanim ci go dam... chciałabym wiedzieć, kim... lub czym jesteś.
„Darek” przymrużył oczy podejrzliwie.
- Dobrze – odparł po długiej chwili. – Powinnaś to wiedzieć, skoro jesteś strażniczką... – Jego oczy błysnęły złowrogą żółcią. – Demon snu...
- Demon snu? – powtórzyłam zaskoczona. – To demony w ogóle istnieją?
Potwór wybuchnął śmiechem.
- Nie wierzę, że medalion otrzymała taka głupiutka i słabiutka dziewczynka, jak ty! – Chciałam mu się odciąć, ale nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, chwycił mnie za nadgarstek ręki, w której trzymałam medalion. – Teraz daj mi go... – wysyczał ostro.
Wyciągnął drugą szponiastą dłoń. Chwilę wahałam się, nie do końca wiedząc, co robić. W końcu oddałam mu medalion, który potwór chwycił łapczywie, z błyszczącymi oczami. Długo stał jedynie gapiąc się na talizman. W pewnym momencie podniósł go do góry i wybuchnął szaleńczym śmiechem. Spojrzał na mnie, a ja wiedziałam, że nie jestem mu już potrzebna.
- To było zbyt proste – wysyczał, zbliżając się do mnie. Założył łańcuszek na szyję. – Ale teraz już nic nie jest ważne...
Uśmiechnęłam się ironicznie.
- Niestety akurat to było ważne. Diruptio!
Wtedy medalion eksplodował. Nie widziałam nic, nie zdążyłam zobaczyć, czy demon został zniszczony, czy nie. Po prostu otoczyła mnie ciemność, w którą zaczęłam spadać coraz głębiej i głębiej.
***
Obudziłam się z wrzaskiem. byłam zlana potem, drżałam na całym ciele i z trudem łapałam powietrze. Rozejrzałam się przestraszona po pokoju. Przy moim łóżku zobaczyłam Darka i Kaśkę, którzy szybko rzucili się, by mnie uspokoić.
- Dobrze, już dobrze, to tylko koszmar! – mówiła Kaśka, przytulając mnie, choć było to naprawdę ciężkie, gdy tak się wyrywałam.
- Nie – powiedział Darek siedząc blisko, ale zachowując dystans. – To nie był tylko koszmar.
Spojrzałam na niego.
- Skąd wiesz?
Jego oczy błysnęły, ale zupełnie inaczej niż oczy demona.
- Widziałem to – odparł tylko.
Nie wiedziałam co myśleć. Nie wiedziałam, czy Darek mógł to widzieć, czy nie. A jak widział, to czy widział... wszystko? Zerknęłam na niego z lękiem, ale nie dał nic po sobie poznać. Jego spojrzenie było zdenerwowane i czujne, albo raczej... pełne jakiejś niezrozumiałej obawy przed... utratą?
Tego dnia nie byłam sama. Darek został ze mną przez kolejne dwa dni, był ze mną cały czas, nie opuszczał mnie na krok, pilnując, by nic mi się nie stało. W końcu jednak musiał wrócić do siebie, choć uczynił to niechętnie. Zastanawiałam się, czy nie zaproponować mu, by zamieszkał ze mną i Kaśką skoro razem pracujemy, ale... nie odważyłam się. Tak naprawdę bałam się tego, że mógłby być zbyt blisko. I tak musiałam jakoś znosić go przez te dwa dni, a co dopiero na stałe! Zrezygnowałam więc, a on odszedł.
Jeszcze tego dnia, gdy udało mi się pokonać demona snu, w swoim łóżku znalazłam medalion. Był trochę osmolony i dziwnie ciepły, ale cały. Tak jak już wcześniej się działo, i teraz do mnie wrócił. Muszę jednak przyznać, że tym razem, ku mojemu zdziwieniu, myśl o straci medalionu wcale nie była przyjemna. Wręcz przeciwnie.
Nie wiem, co mogło wpłynąć na to, ale już wtedy zauważyłam, że zaczynam się zmieniać. W moim charakterze, sposobie bycia i duszy nastąpiła przemiana nieodwracalna. Nie wiem od kiedy i jak dawno, ale przestałam być tą samą Marit, którą byłam zanim poznałam Darka.


Marit
komentarze [1]

Cierpliwości. >> niedziela, 18 maja 2008 13:42:38
Narazie mam małe problemy. Musicie trochę poczekać. Ale już niedługo.
komentarze [1]

7. – Pianino. >> niedziela, 2 marca 2008 19:38:25
Czasami, gdy doświadczymy czegoś strasznego, wydaje nam się, że widzieliśmy już wszystko. Czasami, gdy jest nam źle, myślimy, że nie może być już gorzej. Czasami, gdy zrobiliśmy coś naprawdę złego, mówimy, że to już koniec. Ale to nigdy nie jest koniec. Zawsze, choćby nie wiem jak było źle, zawsze może być jeszcze gorzej. Powinna to być optymistyczna myśl. Ale nie jest.
Od naszej ostatniej misji minęło kilka dni. Już myślałam, że może Darek zapomniał o nas, że podstępem zwiał, żeby tylko nie pracować już z nami. W końcu jednak zadzwonił telefon, a po drugiej stronie usłyszałam jego słaby głos.
-... o nic nie pytaj... – wyszeptał, czy może raczej wyjęczał. – Weź swój amulet i przyjedźcie do zamku w Anielinie... Wiesz, gdzie to jest....
I rozłączył się. Przez chwilę stałam z rozdziawioną buzią, nie wiedząc nawet, jak się nazywam. Nie da się ukryć: sposób, w jaki zawsze nie z tego ni z owego pojawia się w moim życiu, jest po prostu uroczy....
Mimo moich złorzeczeń, zwlekłam Kaśkę z łóżka, wzięłam grubą księgę z zaklęciami i ruszyłyśmy, nie do końca wiedząc gdzie. Na całe szczęście jednak okazało się, że owy Anielin jest małą miejscowością niedaleko naszej, a w nim jest tylko jeden jedyny zamek, który musiałybyśmy teraz przeszukać. Proste. Jak każda nasza misja...
Po jakiejś godzinie zatrzymałam samochód przed dziwną, upiorną ruiną, którą nie wiadomo dlaczego nazywano zamkiem. Kaśka wyskoczyła z pojazdu, trzasnęła za sobą drzwiami i pobiegła na wzgórze, jakby znajdowało się tam wesołe miasteczko. Z niewielkim entuzjazmem poczłapałam za nią.
Zanim zabrałyśmy się za szukanie Darka, najpierw musiałyśmy znaleźć wejście do „zamku”. Zajęło nam to jakieś dwadzieścia minut, ale jak już w końcu znalazłyśmy zbutwiałe, rozwalone drzwi, które prawdopodobnie prowadziły kiedyś do pomieszczeń dla służby, w każdym razie nie były to drzwi frontowe, znalazłyśmy się w dziwnie ciemnych pomieszczeniach ruin. Od środka wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Jak prawdziwy zamek! Może tylko trochę okurzony i z zasłoniętymi płótnami meblami, ale jakby jeszcze niedawno ktoś tam mieszkał. Obie z Kaśką byłyśmy zauroczone tym miejscem, dlatego musiało minąć sporo czasu, zanim przypomniałyśmy sobie cel naszego przybycia do Anielina.
Na szczęście nie zajęło nam dużo czasu odnalezienie go. Był w jednej z komnat.. Kiedy zaczęłyśmy się zbliżać, a stuk naszych kroków głośno odbijał się od ścian, nawet się nie odwrócił. Zorientowałyśmy się dlaczego dopiero, gdy podeszłyśmy do niego. Siedział nieprzytomny, oparty o ścianę, z mocno poharataną ręką. Szybko wyciągnęłam z torby ostatnie opatrunki i zaczęłam bandażować mu ramie.
- A temu co się stało? – zapytała Kaśka, niepewnie rozglądając się dookoła.
Zawiązałam bandaż i spojrzałam na nią z dołu.
- Skąd ja mogę wiedzieć? – Zerknęłam na Darka. Nie wyglądał zbyt dobrze. Niemal całą kurtkę miał we krwi, a jego twarz była zwyczajnie biała jak kreda. – Nie brzmiał dobrze, jak do mnie dzwonił...
Lekko potrząsnęła nim, ale nic się nie stało. Kaśka przez chwilę przyglądała się moim poczynaniom, aż w końcu odepchnęła mnie zniecierpliwiona i uderzyła do otwartą dłonią w twarz. To, oczywiście, podziałało bez zarzutu.
Darek jęknął i otworzył oczy. Spojrzał na mnie, jakby nie do końca mnie kojarzył, po czym jego oczy przybrały wielkość monet. Mocno złapał mnie za łokieć.
- W tym zamku straszy! – szepnął cicho, ale wyraźnie. – Masz amulet? Trzeba ją szybko stąd odegnać!
- Uspokój się! – powiedziałam, wyszarpując łokieć. – Mam wszystko. Tylko powiedz dokładnie, o co chodzi...
Spróbował wstać, ale zachwiał się tylko i z powrotem opadł na podłogę. Pomogłam mu się podnieść, a on oparł się o mnie.
- W zamku jest duch – powiedział w końcu. – Chodźcie, musimy go odnaleźć... A dokładniej – ją.
Ruszyłam z Darkiem w stronę jakichś drzwi, ale ten zaraz przystanął.
- Chwilę... Coś jest nie tak – szepnął i odwrócił się. – Kaśka?
Spojrzałam na nią. Niczego dziwnego w niej nie zobaczyłam, ale Darek wciąż wpatrywał się w nią intensywnie.
- Kaśka? – powtórzył. – Gdzie jest Kaśka?
Zerknęłam zdziwiona na niego, chcąc zapytać, o co mu chodzi, ale nie zdążyłam. Odpowiedź przyszła wcześniej.
- Masz na myśli tę, której ciało zabrałam? – powiedziała Kaśka bezbarwnym głosem. Sztywno podeszła do ściany, nacisnęła coś, a przed nią pojawiło się ukryte wejście. Nim zniknęła w ciemnej dziurze, powiedziała: - Jeśli nie zniszczycie amuletu i nie wyniesiecie się z zamku do godziny, ta dziewczyna już nie wróci. – I odeszła.
Przez chwilę staliśmy, patrząc w ścianę, za którą zniknęła. W końcu spojrzałam na Darka.
- I co teraz? – warknęłam, odsuwając się od niego gwałtownie.
Zatoczył się, ale szybko odzyskał równowagę.
- O co ci chodzi, przecież to nie moja wina – odparł, patrząc na mnie spode łba, co tylko jeszcze bardziej mnie rozwścieczyło.
- A czyja? Ty kazałeś nam tu przyjechać...
- Skąd mogłem wiedzieć, że tak będzie! – niemal krzyknął, po czym odwrócił się i powlókł do drzwi.
Wściekła ruszyłam za nim. Sama nie wiedziałam, dlaczego tak mnie drażni. Nagle po prostu zaczęło mnie denerwować w nim wszystko. Jakby to on był wszystkiemu na świecie winny. Wielce wkurzona minęłam go i poszłam przodem.
Weszłam do dużego pomieszczenia, jakby salonu, a Darek wtoczył się tam za mną. Fotele, sofy, stoły, szafki i inne meble przykryte zostały białym płótnem, co w tak ciemnym pokoju wyglądało wystarczająco strasznie. Tylko stare zniszczone pianino stało w kącie odsłonięte. Zerknęłam na Darka, który kiwnął niepewnie głową. Też czuł, że coś tu jest nie w porządku. Wolno podeszłam do pianina, na które padał słaby snop światła zza postrzępionych kotar ogromnych okien. Klawisze były brudne, niektóre również odskoczyły od reszty lub ich brakowało. Widok ten był smutny, przyszły mi na myśl moje lekcje z dzieciństwa, których udzielał mi dziadek. Odkąd umarł, nawet nie patrzyłam na pianino. Wtedy, gdy zobaczyłam ten stary, zniszczony instrument, stojący w zakurzonym kącie i jakby czekający, aż ktoś po raz ostatni zagra na nim kilka smutnych nut, nim rozsypie się na drzazgi i przestanie istnieć, naszła mnie nieprzemożona chęć, by chociaż spróbować zagrać coś na nim. Zobaczyłam mały stołek obok, więc przysunęłam go i usiadłam na nim.
- Co ty robisz? – syknął do mnie cicho Darek.
- Spokojnie, zagram tylko kilka nut – odparłam, nie do końca zastanawiając się nad tym, co robię.
Przyłożyłam ostrożnie palce do klawiszy. Niewiele pamiętałam z lekcji, praktycznie nic, ale wtedy, nie wiem jak, wiedziałam, co mam zagrać. Wzięłam głęboki oddech i grałam. Smutna melodia rozpłynęła się po całym pokoju, dźwięki pianina zdawały się jęczeć i szlochać. Darek zatrzymał się zasłuchany. Melodia wprawiła nas w swego rodzaju trans.
Nagle klapa pianina zamknęła się z hukiem, na co odskoczyłam przestraszona. Po prawej stronie stała bardzo stara kobieta, pomarszczona, siwa, brzydka jak noc, zdawała się być tak stara, jakby miała ze trzysta lat. Kobieta trzymała przed sobą Kasię, której przystawiła nóż do gardła. Jęknęłam cicho.
- Nie wolno grać na moim pianinie! – wrzasnęła stara okropnym skrzeczącym głosem, przykładając mocniej ostrze, a mała kropla krwi spłynęła Kasi po szyi. – Miałaś pozwolenie?!
- Widzisz, co narobiłaś? – warknął do mnie Darek. – Teraz ją rozzłościłaś, pięknie!
- Słucham? – odparłam obruszona. – To nie moja wina, że ją złapała, tylko twoja, no nie?
- Cisza! – wrzasnęła stara patrząc na nas wesoło. – Chcecie ją? – spytała i potrząsnęła Kaśką. – W takim razie musicie robić, co wam powiem. Oprócz tego, co wam kazałam wcześniej. Brakowało mi rozrywek... Zrobicie co wam każę. Jasne?! – krzyknęła na koniec, jakbyśmy byli głusi i przyjrzała nam się uważnie rozbawiona.
Darek kiwnął wolno głową, patrząc na mnie spod byka. Wystawiłam mu język i również pokiwałam głową.
- Bardzo mi się podoba, że się nie lubicie! – powiedziała stara, śmiejąc się wesoło. Chwilę zastanawiała się nad czymś, po jej minie już wiedziałam, że nie będzie to nic przyjemnego. W końcu na coś wpadła. – Wiem! Najpierw chcę zobaczyć jak się całujecie!
Przez chwilę nie docierało do mnie to, co powiedziała. Wydawało mi się to tak nierzeczywiste, jak moje wizje. W końcu jednak doszły do mnie jej słowa.
- Ale on jest moim kuzynem... – próbowałam się słabo bronić.
Stara kobieta przyjrzała nam się uważnie.
- Nie widzę żadnych więzów krwi między wami – odparła spokojnie. Spojrzała mi prosto w oczy i dodała po chwili: - I ty dobrze o tym wiesz. No już, całujcie się!
- Dobra, jak chcesz – warknął wściekle Darek.
Zobaczyłam jak chwiejnie podchodzi do mnie i gwałtownie, niemal brutalnie przyciąga mnie obandażowaną ręką do siebie, co wywołało na ułamek sekundy grymas bólu na jego twarzy. Drugą położył na moim policzku, by równie ostro podnieść moją głowę do góry. Wtedy zupełnie bez jakiegokolwiek ostrzeżenia ucałował moje usta, przechylił lekko głowę i zaczął całować mnie namiętnie, chaotycznie. Poczułam jego język, którym niezwykle pożądliwie dotykał mojego. Podświadomie odpowiadałam na pocałunki, które po chwili stały się wolniejsze, bardziej delikatne, ale wciąż były gwałtowne. Całował mnie teraz, jakby wbrew sobie, nie mogąc przestać, przeżywając za silne uczucia, pragnąc zbyt wiele. W końcu odsunął trochę swoją twarz od mojej i spojrzał mi w oczy. Jego przyspieszony oddech mieszał się z moim. Czułam jak drży na całym ciele, patrzył na mnie, jakby zrobił coś strasznego, jakby nagle coś w nim pękło. Trwało to tylko chwilę, krótką chwilę, ale wystarczyło, bym zwróciła na to uwagę.
Zauważywszy swoją reakcję, szybko zacisnął mocno szczęki, a twarz mu stężała. Nie odrywając wzroku od moich oczu, powiedział tym samym wściekłym głosem:
- Wystarczy?
- Łał, to było super! – krzyknęła Kaśka, zapominając, że ma przystawiony do gardła nóż. Stara kobieta szturchnęła ją mocno. – O, sory, zapomniałam.... – poprawiła się szybko.
Kobieta odkaszlnęła głośno.
- No, może być – powiedziała. Chwilę zastanawiała się, po czym dodała: - Chociaż widywałam lepsze pocałunki...
Nagle poczułam jak Darek wkłada dłoń, którą trzymał na moim policzku, za dekolt. Wciąż nie odrywał ode mnie wzroku, a gdy drgnęłam, chcąc odsunąć się, potrząsnął lekko głową. Kobieta nie zwracała już na nas uwagi.
- ... Nawet mój ukochany całował mnie piękniej – mówiła dalej. – Od niego dostałam to pianino, dlatego nie wolno nikomu na nim grać!
Chciałam już wyrwać się z jego objęć, by wymierzyć mu solidny policzek, ale wtedy poczułam, o co mu chodzi. Jego palce zacisnęły się na amulecie, który ukrywałam pod bluzką. Zmarszczyłam lekko brwi.
- Wypowiem zaklęcie, a ty wyciągniesz jej nóż z ręki – szepnął tak cicho, że tylko ja mogłam go usłyszeć.
Kiwnęłam głową na znak, że zrozumiałam i zwróciłam wzrok na nóż przystawiony do gardła Kaśki. Usłyszałam, jak cicho szepcze zaklęcie.
- ... Tylko to mi po nim zostało... A teraz wracajmy do naszego układu. – Spojrzała na Darka trzymającego amulet. – Co ty robisz, ty... – urwała nagle.
Stała zupełnie nieruchomo, jakby była na filmie i ktoś wcisnął pauzę. Darek puścił amulet, więc podeszłam, by wyjąć nóż z ręki starej kobiety. Kaśka również stała unieruchomiona.
- Co ty zrobiłeś? – zapytałam zdziwiona, machając dłonią przed oczami Kaśki.
- Wstrzymałem czas – odparł cicho.
Nie śmiałam spojrzeć na niego. Udałam, że czemuś się przyglądam, byle tylko nie musieć się odwracać. Usłyszałam, jak Darek wyciąga coś z mojej torby. Po szeleści kartek zrozumiałam, że była to księga zaklęć, którą wzięłam ze sobą, jadąc tu.
- Teraz przeczytam zaklęcie, które ją stąd wygna – powiedział, trochę jakby do siebie samego. Po chwili znalazł odpowiednie zaklęcie i przeczytał je. Kilka słów i salę rozjaśnił rażący blask. Zasłoniłam oczy dłońmi, a gdy je opuściła, już starej kobiety nie było. Salon wyglądał już jak prawdziwe ruiny, a na podłodze błąkały się promienie słońca.
Długo stałam, gapiąc się tylko na unieruchomioną Kaśkę. W końcu nie mogłam już tak dłużej. Odwróciłam się do niego.
- Co teraz? – zapytałam zdawkowym tonem.
Patrzył na mnie bez słowa, trochę jakby pytającym wzrokiem. Zamknął książkę i kucnął, by schować ją do torby.
- Masz amulet, to cofnij zaklęcie – odparł tylko.
- No jasne, łatwo ci powiedzieć! – powiedziałam z powrotem odwracając się do Kaśki. – Niby skąd mam wiedzieć, jak?
Wzięłam ostrożnie amulet w dłonie, nie bardzo wiedząc, co zrobić dalej. Na wyczucie nacisnęłam środek amuletu i szepnęłam coś, czego nawet nie pamiętam. Kaśka zamachała rękami w powietrzu i runęła do tyłu na ziemię. Podniosła się na łokciach.
- Kurczę, co się stało? – zaczęła i rozejrzała się dookoła. – Gdzie ona? Co jest? Czego masz takie wielkie oczy, Marit?
Poczułam dłoń Darka na swoim ramieniu. Szybko zamknęłam usta, która otworzyłam ze zdziwienia.
- A jednak wiesz więcej, niż myślisz – powiedział równie zaskoczony jak ja i szybko cofnął rękę.
***
Myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy. A jednak. Czasami jest w nas samych więcej tajemnic, niż przypuszczamy. Robimy coś, czego nigdy wcześniej nie robiliśmy, ale wychodzi to nam doskonale, doświadczamy czegoś, o co nigdy byśmy siebie nie podejrzewali, lub czujemy coś, co nigdy nie wydawało się nam możliwe. Czasami w takich przypadkach powiedzenie „nigdy nie mów nigdy” znajduje swoje potwierdzenie. A u mnie – nadzwyczaj często.


Marit
komentarze [1]

6. Pensjonat „Zakątek”, - część III. >> niedziela, 27 stycznia 2008 20:27:25
Po długich dyskusjach i wyczerpujących poszukiwaniach, ustaliliśmy jeden plan działania. Ponieważ to Darek najlepiej znał się na rzeczy, to on miał dokonać najważniejszych przeciwzaklęć, a ja i Kaśka miałyśmy patrzeć i uczyć się, jak to określił.
Wszystko mieliśmy już przygotowane. Czekaliśmy do wieczora, bo ponoć dopiero po zmierzchu zaklęcia działają najlepiej. Myślę, że dlatego boję się ciemności. Ale nie będziemy tu mówić o mnie. Przynajmniej nie w tym sensie.
Darek zapalił kilka świec, zgasił światło i usiadł z otwartą księgą na podłodze. Po długich kontemplacjach głośno zaczął czytać zaklęcia.
Cały ten rytuał polegał na odczytaniu trzech zaklęć w odpowiedniej kolejności. Najpierw Zaklęcie Przywołujące, podczas którego przed wywołującym pojawia się strasząca w owym miejscu zjawa. Po tym zaklęciu można przepytać upiora, jeśli sytuacja tego wymaga, po czym trzeba unieszkodliwić go Zaklęciem Obezwładniającym, które niszczy moc zjawy lub osłabia jego zdolności. Gdy mamy już ducha w garści, konieczne jest szybkie wypowiedzenie ostatniego zaklęcia, którym jest Zaklęcie Wrót. Jak się domyślacie, polega ono na otwarciu przejścia między wymiarami i odesłać upiora, skąd przyszedł. Proste, prawda? No jasne, że proste. W teorii.
Darek przystąpił do odczytywania Zaklęcia Przywołującego. Razem z Kaśką usiadłyśmy na łóżku i wpatrzyłyśmy się w niego, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać. Przez długą chwilę nic się nie działo. Kiedy zaczęłam wątpić w jakąkolwiek moc zaklęć z księgi, nagle wszystkie świeczki zgasły. Dokładnie tak, jak w mojej wizji.
- Co jest? – warknęła Kaśka, jak to tylko ona potrafi. Usłyszałam jak szuka zapałek.
Ale Darek był szybszy. Odłożył ciężką księgę na ziemię, wyciągnął zapalniczkę, usłyszałyśmy ciche kliknięcie i zobaczyłyśmy słaby płomyczek. Szybko zapalił świecę, której blask padł na twarz jakiegoś mężczyzny.
- O Boże! To on! – krzyknęłam przerażona, przeżywając małe deja vu.
Kaśka patrzyła na niego niedowierzając.
- Dawid? Co ty tu robisz? – powiedziała.
Spojrzałam na nią oczami wielkimi jak pięć złotych.
- Ty.... ty go znasz? – zapytałam zdziwiona.
Kaśka patrzyła to na mnie, to na zjawę mężczyzny, kręcąc głową. Milczała.
- Ja go znam – powiedział cicho Darek. Dziewczyny odwróciły spojrzenia na jego bladą twarz. – Znów się spotykamy...
- Owszem – odparła zjawa, siadając na krześle przy stole. – Cóż za niespodzianka. – Spojrzał na nas i ze śmiechem powiedział: - Która jest twoja? Może już mi się udało ją uwieść?
Zobaczyłyśmy jak Darek zaciska pięści. Poruszył groźnie szczękami.
- Dawid, o co tu chodzi? – krzyknęła histerycznie Kaśka, łapiąc mnie podświadomie boleśnie za łokieć.
- Marit, zaklęcie – powiedział przez zęby Darek. Wpół przytomna, czując się dziwnie nierealnie, spojrzałam na niego. – Zaklęcie! – powtórzył wściekle.
Zawahałam się chwilę, po czym podbiegłam do niego i podniosłam księgę, która wciąż leżała na ziemi. Nie do końca wiedząc, co robić, przewróciłam stronę i zaczęłam głośno czytać.
- „Mocy jasna, mocy zła, niech odjedzie siła twa. Zgiń, przepadnij w zapomnienie, odejdź stąd na me życzenie...”
Mężczyzna rzucił się w moją stronę i spróbował wyrwać mi księgę z rąk. Jednak Darek szybko odepchnął go. Zaczęli się bić.
- Szybciej! – krzyknął Darek stłumionym głosem.
- ...Eee... „Mocyjasna,mocyzła,zgiń,przepadnij-razidwa!” – wyrzuciłam z siebie na jednym oddechu.
Darek wymierzył cios w twarz mężczyzny i ten padł nieprzytomny na ziemię.
- No. I to by było na tyle – powiedziałam zadowolona z siebie, ale zaraz moja pewność siebie znikła, gdy Darek spojrzał na mnie.
- Daj mi księgę, skończę z nim – warknął wściekle.
Zabrał księgę z moich rąk i zaczął czytać. Gdy skończył, zjawy mężczyzny już nie było na naszej podłodze. Kaśka wciąż siedziała na łóżku patrząc na nas wielkimi jak pięć złotych oczami. Zaniepokojona pokręciłam głową.
- Skąd ty go w ogóle znasz, Kaśka? – zapytałam i usiadłam obok niej.
Darek usiadł na swoim łóżku, całkowicie nas ignorując, i zakrył twarz dłońmi.
Kaśka smutno spojrzała na mnie.
- Poznałam go na tej imprezie pierwszego dnia – powiedziała cicho. – Wydawał mi się taki miły...
- Nie przejmuj się, w końcu nie wiedziałaś, że to był... upiór – próbowałam ją pocieszyć, ale chyba nie wyszło mi to dobrze.
- To nie był upiór – rozległ się twardy głos Darka. Zerknęłam na niego, nie pewna, czy chcę usłyszeć, co ma do powiedzenia. – Przynajmniej nie do końca. Miał w sobie więcej z demona.
- Jak to? Skąd to wiesz? – zainteresowała się żywo Kaśka, prostując się momentalnie.
- Wiem – odparł, opuszczając dłonie.
Zerknął na nas nieodgadnionym wzrokiem. Wstałam i podeszłam do niego.
- On... mówił coś o... uwodzeniu – powiedziałam cicho. – O to chodzi, prawda?
Darek podniósł na mnie oczy pełne bólu.
- Tak, ale mógłbym o tym nie mówić?
- O nie, masz nam teraz wszystko powiedzieć! – warknęła Kaśka, stając obok mnie.
Spuścił wzrok na podłogę i długo milczał.
- Widocznie gdzieś tu niedaleko musi być jego grób – zaczął wolno. – Kiedyś, kiedy jeszcze żył, jako demon, spotkałem go. On... – głos mu się załamał, ale zaraz szybko się pozbierał. - ... On uwiódł Lidkę, a potem zabił ją... Tym głownie się zajmował...
Dziewczyny milczały chwilę.
- Kto to była „Lidka”? – zapytała w końcu Kaśka.
Podniósł na nas wzrok.
- Moja narzeczona.
***
Jeszcze tego samego wieczoru spakowaliśmy się i wróciliśmy do domów. Sprawa została wyjaśniona, a jeżeli czegoś Wam nie wyjaśniłam, to pewnie z jakichś bardzo ważnych powodów, w każdym razie wszystko wróciło do normy. Niestety nie u nas. Podczas tego wyjazdu, wiele dowiedziałam się o Darku. Jednak spora część jego życia wciąż pozostawała dla mnie tajemnicą, którą nie sposób było poznać. Nawet gdy czasem nam się wydaje, że wiemy już wszystko o drugim człowieku, tak naprawdę zawsze zostanie coś, czego nigdy nie poznamy, czego nigdy nie będziemy mogli odkryć. A choćbyśmy i odkryli, będziemy tego żałować.
Upiór pokonany, Darek po części poznany, Kaśka załamana, ja... nie usatysfakcjonowana. Wniosek: kolejna misja zakończona powodzeniem. Koniec. Niestety tylko tej historii z upiorem...

Marit
komentarze [1]

Perdona me :D >> wtorek, 15 stycznia 2008 15:53:37
Wybaczcie, że tak długo nic nie piszę. Nie wiedziałam, ze druga klasa liceum jest taka dobijająca. Mam połowę następnej notki i część kolejnej. Ale, do jasnej cholery, nie mam czasu tego skończyć! Po prostu ciągle jacyś nauczyciele coś wymyślają. Nie ma tygodnia bez kilku sprawdzianów. Wszyscy mówili, ze klasa druga jest o wiele łatwiejsza od pierwszej. Ale to nie prawda.
Zpoważaniem,
Marit
P.S. W ten weekend postaram się dodać notkę.
komentarze [1]

6. Pensjonat „Zakątek”, - część II. >> sobota, 27 października 2007 21:38:54
Bejrut, miesiąc wcześniej.
Kobieta o kruczoczarnych włosach i ciemnych jak węgiel brwiach skręciła w boczną uliczkę. Cień pozwolił jej na swobodny ruch, więc zrzuciła z ramion brudną pelerynę, odsłaniając kolorową zwiewną suknię, ozdobioną mnóstwem brzęczących błyskotek. Chyłkiem przebiegła przez uliczkę. Zatrzymała się przed jakimiś czarnymi, dziwnie wyglądającymi drzwiami, i rozejrzała się uważnie, czy nikt nie idzie. Jednym zwinnym ruchem znalazła się za drzwiami.
W środku panował mrok. Kobieta przez chwilę nie ruszała się, czekając, aż jej wzrok przyzwyczai się do ciemności.
- Jesteś wcześnie....
Kobieta zwróciła się w stronę, z której dochodził chrapliwy, przerażający głos. W ciemności dostrzegła znajomy zarys postaci.
- Wybacz, nie mogłam się doczekać – odparła szeptem, czując respekt przed osobą w mroku.
- Podejdź tu....
Kobieta zawahała się chwilę, po czym wolno ruszyła ku ciemnej postaci.
- Masz – rozbrzmiał chrapliwy głos. Kobieta wyciągnęła dłoń i poczuła na niej niewielki ciężar.
- Czy to jest?... – zaczęła, ale osoba stojąca przed nią przerwała jej.
- Nie wymawiaj tego tutaj. – Postać rozejrzała się uważnie, jakby spodziewała się dojrzeć kogoś trzeciego w ciemnościach. W końcu błyszczące oczy ukrytej w mroku osoby zatrzymały się na kobiecie. – Jesteś pewna, że tego chcesz?
- Tak – odparła bez cienia wątpliwości w głosie. – Muszę go zobaczyć.
- Ale wiesz, że nie będzie taki sam....
- Tak, wiem – szepnęła kobieta bardzo cicho. – Mimo wszystko...
- Dobrze – powiedziała postać. – W takim razie zapamiętaj jedno: nim minie trzecia noc, musisz go odwołać. Inaczej będą dziać się złe rzeczy....
Kobieta wyczuła dziwną nutkę w głosie tej osoby, gdy wypowiadała ostatnie zdanie. Jakby dla niej perspektywa złych wydarzeń wcale nie była przerażająca.
Kiwnęła głową i zacisnęła mocniej dłoń na rzeczy, którą trzymała w dłoni. Akurat wtedy ucieszyła się z mroku w pomieszczeniu, bo postać stojąca przed nią nie mogła dojrzeć przerażenia w jej oczach...
***
Rano poszliśmy we trójkę do pani Wysockiej, by dowiedzieć się czegoś o tej napadniętej kobiecie. Chcieliśmy z nią porozmawiać, mieliśmy nadzieję, że może zobaczyła lub usłyszała coś, co mogłoby pomóc nam rozwiązać całą tą zagadkę. Z pozoru te morderstwa mogłyby się wydawać czymś zwyczajnym, o których często słyszymy w wiadomościach. Jednak zostać uduszonym przez ręce, które nie zostawiają śladów, dokładnie trzeciego dnia pobytu w jednym i tym samym pokoju, co reszta ofiar, bez konkretnych powodów lub przyczyn – nie jest czymś normalnym. W dodatku po tym, co widziałam, można było się spodziewać paranormalnych rozwiązań.
Pani Wysocka pod uroczym uśmiechem Darka podała nam adres napadniętej kobiety, ale nie przydał nam się. Żeby do niej dotrzeć, musielibyśmy jechać co najmniej pół dnia i tyle samo czasu poświęcić na powrót. Zważając na okoliczności, nie powinniśmy opuszczać tego miejsca. Na szczęście właścicielka pensjonatu „Zakątek” miała również jej telefon, co bardzo ułatwiło nam sprawę. Wróciliśmy do pokoju, skąd Darek zadzwonił do kobiety. Gdy odłożył słuchawkę, długo milczał rozważając uzyskane informacje.
- I czego się dowiedziałeś? – spytała Kaśka nie odrywając wzroku ze wzgórza za oknem.
Darek usiadł na krześle przy stole i zaczął przerzucać kartki jakiejś księgi.
- Powiedziała mi, że napadł ją jakiś młody mężczyzna – odparł spokojnym głosem. – Było ciemno i nie widziała go dokładnie, ale na pewno był młody. Najpierw mówił coś w stylu: „A ja chciałem ci wybaczyć”, na co ona obudziła się, a potem zwyczajnie zaczął ją dusić. Walnęła go czymś, dała mu kilka kopniaków, ponoć trenuje sztuki walki, ale to raczej zaskoczeniem jej się udało, a gdy on na chwilę odsunął się od niej – uciekła. W drzwiach odwróciła się jeszcze, żeby zobaczyć sprawcę, ale pokój był pusty. Pobiegła do pani Wysockiej, która wezwała policję, niestety mężczyzny nie znaleziono. Koniec.
Wymieniłyśmy z Kasią zdziwione spojrzenia.
- Czyli zabija jakiś facet! – powiedziała dobitnie. Padła na łóżko i wbiła wzrok w okno. – Myślicie, że to psychopata? Nie lubię psychopatów.....
- Nie wiem, może i tak.... – odparłam cicho, ale Darek mi przerwał.
- Nie sądzę, żeby to był człowiek. Nie wiem, co to jest, ale na pewno nie człowiek....
- Daj spokój, ty to we wszystkim musisz.... – zaczęła Kaśka, ale urwała wpatrując się w coś za oknem. Zerknęła na nas i jak gdyby nigdy nic, mówiła dalej: - ... widzieć niestworzone rzeczy....
Darek niczego nie zauważył.
- Nie prawda, mam po prostu do tego nosa – powiedział dobitnie.
- Dobra, mów sobie, co chcesz – rzuciła niezbyt uprzejmie i ruszyła do drzwi. – Za godzinę wrócę!
- A gdzie... – zaczęłam, niestety drzwi już zamknęły się za nią. Zrezygnowana dokończyłam: - ...idziesz....
Zażenowana spojrzałam na Darka.
- Sprawdziłeś to zaklęcie?
Drgnął jakby obudził się z letargu i otworzył inną grubą księgę.
- A, tak – wymruczał. – Udało mi się je odnaleźć. I wcale mi się ono nie podoba. – Milczał chwilę. – To zaklęcie wywołujące upiory.
Nie odpowiadałam mu. W tamtej chwili nie mogłam się skupić na jego słowach. Na słowach, które wypowiadał, ale w głowie miałam to, co powiedział mi poprzedniego wieczoru. „Nie jesteśmy kuzynami”. Co to mogło oznaczać? Nie widziałam żadnego logicznego wytłumaczenia i bałam się swoich reakcji na obecność Darka. „Nie jesteśmy kuzynami”. Te słowa były niebezpieczne.
- ... to stare azjatyckie zaklęcie – mówił dalej, nie zwracając uwagi na moje rozkojarzenie. – Wymyślili je tamtejsi magicy, chcąc przywracać poległych wojów...
- Dlaczego nie jesteśmy kuzynami? – przerwałam mu.
Spojrzał na mnie zaskoczony i szybko spuścił oczy.
- Nie rozumiem. – Zmienił temat. – Do zaklęcia były potrzebne różne obrzydliwe rzeczy, jak ścięgno dziecka...
- Dlaczego nie jesteśmy kuzynami, powiedz mi, proszę! – nie dawałam za wygraną.
Darek spojrzał na mnie smutnym wzrokiem i westchnął ciężko.
- Wolałbym o tym nie rozmawiać...
- Ale ja to muszę wiedzieć! – niemal krzyknęłam. Wstałam z łóżka i stanęłam nad nim. – Musisz mi wytłumaczyć, co to znaczy.
Nie spojrzał mi w oczy.
- Dobrze – szepnął cicho. Jego palce zacisnęły się mocno na pożółkłych kartkach księgi. – Nie jesteśmy kuzynami, bo... nie mamy wspólnych krewnych.
Zmarszczyłam brwi.
- Ale przecież... – zaczęłam nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. – Twoja... mama była siostrą mojego ojca, więc... Jak to?
Ciche westchnięcie, milczał długo.
- Darek?...
Nagle wybuchnął gniewem.
- Jestem adoptowany, lepiej ci?! – wrzasnął, wstając i patrząc na mnie groźnie z góry. – Nie lubię o tym mówić, teraz już wiesz dlaczego! Zadowolona?!
Stałam jak sparaliżowana, nie wiedząc jak zareagować. Po chwili spuściłam tylko głowę.
- Przepraszam, nie musiałeś krzyczeć – szepnęłam cicho, zupełnie zawstydzona.
Wtedy Darkowi zrobiło się głupio. Niewiele myśląc przytulił mnie do siebie gwałtownie. Długo nic nie mówił.
- Marit, wybacz – wyrzucił z siebie w końcu.
Po chwili jakby obudził się i puścił mnie szybko. Usiadł na miejscu przed księgą, a ja z otwartą buzią wróciłam na łóżko. Zapadła niezręczna cisza.
- To... co z tym zaklęciem? – zapytałam, niezrozumiale zadowolona.
Dalej rozmowa nie kleiła nam się już byt dobrze. Praktycznie Darek odpowiadał mi półsłówkami, a jak zapytałam go o tą moją wizję, powiedział tylko, że wyczuwam złą energię tego miejsca, i że to już nigdy się nie powtórzy. Między nami zapanowała dziwna atmosfera, na której zniknięcie wcale się nie zanosiło. Tymczasem Kaśka coraz częściej znikała, w ogóle nas nie informując, gdzie wychodzi.
W pensjonacie „Zakątek” z każdym dniem robiło się coraz ciemniej....

Marit
komentarze [1]

6. – Pensjonat „Zakątek”, Deja vu – część I. >> sobota, 27 października 2007 21:37:46
Widziałam jak bardzo Darek nie chce, byśmy się wplątywały w jego życie. Chodzi mi o to jego nocne życie. Wydawało mi się, że miał kompleks mężczyzny i bał się, że możemy być w czymś lepsze od niego. A żeby dziewczyna w czymś go przewyższała – to hańba dla prawdziwego męża–woja, czy coś tam. Dlatego im bardziej on starał się odwieść nas od tego pomysłu, my tym mocniej mu się naprzykrzałyśmy. I choć niechętnie zgodził się na naszą prośbę, widziałam jak bardzo zależy mu, byśmy były dobrze przygotowane. Na początku dał nam tylko same książki, powiedział co musimy przeczytać, podał nam czystą teorię. Ale już wtedy zobaczyłam ten dziwny błysk lęku w jego oczach.
Z tych książek, a raczej grubych ksiąg, przeczytałam tylko jedną, i nie była to teoria. Były w niej straszne, przerażające, choć czasem też śmieszne, zaklęcia lub uroki. Chociaż, może raczej powinnam nazwać je egzorcyzmami. Uważałam, że są mi bardziej potrzebne, niż jakieś tam głupie opisy sytuacji. Toteż resztę książek odłożyłam na bok.
Już w tydzień po tym, jak Darek wyraził zgodę na nasze uczestnictwo w jego niebezpiecznej „robocie”, mój kuzyn dostał wezwanie. W pensjonacie „Zakątek” w małej miejscowości doszło do dwóch dziwnych morderstw, których nie wyjaśniono. Mieliśmy tam pojechać wszyscy troje, zbadać dokładniej całą sprawę i, jeśli to będzie możliwe, zapobiec następnym morderstwom. My z Kaśką cieszyłyśmy się jak głupie na wyjazd, ale Darek wydał mi się jeszcze bardziej spięty, w dodatku chciał, byśmy tylko przyjrzały się jego pracy. Jednak my – to my. Postawiłyśmy na swoje.
Słońce mocno grzało, gdy wjechaliśmy na parking przed małym, mile wyglądającym pensjonatem „Zakątek”. Pani Wysocka, stara panna po siedemdziesiątce, właścicielka pensjonatu, uprzejmie pokazała nam pokój, w którym zostały zabite dwie osoby. Okazało się, że ostatnio została napadnięta jeszcze jedna osoba, lecz tym razem udało jej się uciec z miejsca zbrodni. Była to młoda, bardzo piękna kobieta, przynajmniej tak wyglądała na zdjęciu, które pokazała nam pani Wysocka. Poprzednie ofiary również były pięknymi kobietami przed trzydziestką, o czym nie omieszkała starsza pani nas poinformować, a co mogło budzić pewne podejrzenia.
Darek rozejrzał się uważnie po pokoju, jakby chciał jednym spojrzeniem ogarnąć wszystkie graty w środku. Zdawało się, że wcale nie patrzy na pomieszczenie z dwoma prostymi łóżkami, tylko czegoś szuka.
- Ładny pokój – powiedział z udawanym uznaniem i odwrócił się do pani Wysockiej. – Czy te kobiety.... te, które zostały zamordowane i ta ostatnia.... czy one wszystkie mieszkały tylko w tym jednym pokoju?
- Tak – odparła starsza pani uprzejmym tonem. Dłonie wciąż trzymała splecione przed sobą, jakby było jej zimno, co dziwnie wyglądało w dzień tak ciepły jak tamten. – Mieszkały tu kolejno, jedna po drugiej. Nigdy nie słyszałam żadnych krzyków czy hałasów. Po prostu znalazłam te kobiety.... – Przełknęła głośno ślinę. - ....już martwe. W łóżkach. Obie zostały uduszone. Wszyscy tu płacą z góry na określoną ilość dni, a one nie wymeldowywały się po dniach, za które zapłaciły, dlatego szłam do nich, by zapytać, czy zostają dłużej. Za pierwszym razem byłam trochę zła, bo w recepcji jest wywieszona kartka, że przedłużanie pobytu trzeba załatwiać właśnie tam. Za drugim razem już przeczuwałam, co się święci. – Pani Wysocka zamilkła na chwilę, by spojrzeć na nas bezradnie. Zaraz mówiła już dalej. – Policja szukała śladów, ale nic nie znaleźli. Ani obcej krwi, włosów, odcisków palców, śladów podeszew... no, niczego. Stwierdzali tylko, że kobiety były uduszone czyimiś dłońmi, nie zostawiającymi żadnych konkretnych znaków, które mogłyby naprowadzić na ślad mordercy, i że umarły w trzecią noc swojego pobytu. Tyle – zakończyła wzruszając jakby przepraszająco ramionami.
Darek spojrzał na nas dwie, jakby zastanawiał się nad czymś. Po chwili znów skupił uwagę na pani Wysockiej.
- Dziękujemy za informacje, jestem pewny, że okażą się nam bardzo potrzebne – powiedział czarującym głosem, uśmiechając się do niej równie czarująco. – Myślę, że zostaniemy tu na kilka dni.
Pani Wysocka uśmiechnęła się zadowolona.
- Och, jak miło! – niemal wykrzyknęła klaszcząc w dłonie. Wymieniłyśmy z Kaśką wymowne spojrzenia. – Mogą państwo nie płacić za pobyt. Wystarczy mi, jeśli znajdziecie sprawcę, ta cała sytuacja spędza mi sen z oczu! A i ludzie zaczynają coś gadać... Ale ile mam przygotować pokoi? – zapytała na koniec.
- Dwa – odparł Darek bez namysłu. – Dziewczyny mogą spać w jednym, jeśli nie sprawi to kłopotu, a ja wezmę ten.
Kaśka szturchnęła mnie w bok, dokładnie myśląc o tym samym, co ja.
- Nie zgadzamy się – powiedziałam szybko. Kuzyn spojrzał na mnie miażdżacym wzrokiem, który mówił „zamilcz”. Westchnęłam, by dodać sobie odwagi. – Tu są dwa łóżka, więc my weźmiemy ten pokój. A ty możesz wziąć jakiś inny, jednoosobowy.
Wiedziałam, że Darek nie będzie chciał ustąpić. W tym pokoju coś się czaiło, nawet my to wyczułyśmy, dlatego nie chciałyśmy przegapić tej „imprezy”.
- Nie, miałaś się mnie słuchać – odparł ostro.
Nim zdążył powiedzieć coś jeszcze, szybko zwróciłam się do pani Wysockiej:
- W takim razie, weźmiemy tylko ten pokój. Dziękujemy!
- Dobrze, życzę miłego pobytu! – odpowiedziała starsza pani uśmiechając się ciepło do Darka, po czym wyszła trzaskając drzwiami.
- My bierzemy to łóżko! – krzyknęła Kaśka i z całym impetem rzuciła się na pościel łóżka, które stało pod oknem z widokiem na piękne wzgórze.
Darek spojrzał na nas wściekłym wzrokiem.
- Wiedziałem, że będę tego żałować – powiedział na pozór spokojnie.
***
Noc zapadła szybko. Księżycowy rogalik zawisł nad pięknym wzgórzem, zalewając go jasną poświatą. Kaśka postanowiła wybrać się na dyskotekę, którą organizowano tylko w letnim sezonie, a na której przebywała większość gości z pensjonatu „Zakątek”. Wystroiła się, „bosko” wymalowała, ubrała ulubione buty na gigantycznym obcasie i wyszła na cały wieczór. Ja wolałam zostać. Po trosze dlatego, że nie lubię takich imprez, ale trochę również dlatego, iż nie chciałam zostawiać Darka samego. Ten siedział przy jedynym stole w pokoju i ignorując mnie kompletnie przeglądał jakąś starą księgę. A co miałam robić ja? Wzięłam jakąś nie zmuszającą do myślenia gazetę i położyłam się na łóżku, by choć spróbować coś przeczytać.
Gdy wybiła dwunasta i wielki zegar stojący w kącie zaczął wybijać godzinę, podniosłam nieco przestraszony wzrok na Darka. Czasami jestem głupio przesądna, dlatego nie lubię nie spać o tej godzinie. Przez chwilę obraz, który widziałam, nie dochodził do mnie. Wydawał się jakby nie z tego świata, miejsca lub czasu. To było po prostu niemożliwe. Na podłodze na środku pokoju siedziała kobieta. Była ładna, miała kruczoczarne włosy, ciemne brwi, wyraźne rysy twarzy. Minę miała zdecydowaną. Wokół niej na podłodze zobaczyłam jakieś dziwne znaki narysowane czymś białym, pewnie kredą. W pokoju nagle zrobiło się ciemno, ale kobieta trzymała w dłoniach świeczkę. Długo tylko siedziała w milczeniu. Usiadłam na łóżku i odłożyłam gazetę.
- Przepraszam.... skąd pani się tu wzięła? – zapytałam cicho, ale kobieta nawet nie drgnęła. Jakby mnie nie zauważała.
- Marit, z kim ty rozmawiasz? – usłyszałam zirytowany głos Darka, którego nie widziałam już w pokoju.
Przez chwilę myślałam, że mi się to śni, że zasnęłam czytając. Ale to nie był sen. Wszystko wyglądało na tak samo rzeczywiste, jak ta gazeta, którą jeszcze przed chwilą trzymałam w dłoniach, tylko zwyczajnie inne. Nagle zrozumiałam, że dzieje się coś ważnego, coś, o czym Darek powinien wiedzieć. Usłyszałam, jak wstaje i idzie przez pokój w moją stronę.
- Czy ty nie widzisz tej kobiety? – zapytałam, znając odpowiedź.
- Nie, Marit, o co ci chodzi? – odparł tym samym zirytowanym głosem, który teraz usłyszałam tuż obok.
Westchnęłam ciężko. Kobieta otworzyła usta, nucąc coś cichuteńko. Szybko wstałam.
- Nie wiem o co chodzi – odburknęłam zdenerwowana, choć bardziej przestraszona. – Cicho! Ona coś mówi! Szybko, weź coś do pisania!
Kobieta podniosła świecę na wysokość oczu, po czym głośno i wyraźnie zaczęła wymawiać słowa jakiegoś zaklęcia.
- Z umarłych powstaje... - zaczęła potężnym głosem.
- Z umarłych powstaje, by pełnić u mnie służbę – powtórzyłam szybko, nie chcąc niczego zapomnieć.
- ... by pełnić u mnie służbę. Podziw mi swój daje, pomny na tę wróżbę...
- Podziw mi swój daje, pomny na tę wróżbę. Kochanek z świata cieni przybędzie i na zabój kochać mnie będzie...
Nagle świeca zgasła i w pokoju zrobiło się kompletnie ciemno. Próbowałam wytężyć wzrok, by coś zobaczyć, ale w takich ciemnościach jest to niemożliwe.
- Darek, zapisałeś? – szepnęłam cicho, nie wiedząc co się dzieje.
- Tak – usłyszałam głos obok. Poczułam jego dłoń na łokciu. – Masz bardzo rozszerzone źrenice, jakby było ciemno....
- Bo jest tu... – zaczęłam, ale przerwałam krzykiem.
Podczas mojej rozmowy z Darkiem kobieta wyciągnęła zapałki, by zapalić świecę. Gdy to zrobiła, słaby blask świecy padł na blade oblicze jakiegoś mężczyzny, co okropnie mnie przestraszyło. Ten mężczyzna, jakby pojawił się znikąd. Jego blada twarz, była przerażająca i fascynująca zarazem. Było w nim coś demonicznego, co przyciągało i odpychało jednocześnie, o ile jest to możliwe.
- Co się stało? – zapytał Darek, a jego dłoń mocniej zacisnęła się na moim łokciu.
- Nie, nic – szepnęłam. – Jakiś facet się pojawił.
Kobieta wstała z podłogi i podeszła do mężczyzny. Obejrzała go uważnie, obeszła dookoła, dotknęła dłonią jego policzka.
- To... ty? – zapytała głosem, który mogłabym nazwać namiętnym.
Mężczyzna nie odpowiedział, tylko zwyczajnie pochylił się i pocałował ją. Moje oczy zaczęły otwierać się coraz szerzej z każdą zdejmowaną częścią garderoby, które niemal zrywali z siebie. Wciąż całując się dziko i namiętnie, ułożyli się na podłodze wśród białych znaków.
- O nie... – jęknęłam cicho, gdy mężczyzna zerwał ostatnią część ubrania z siebie i z niej.
Wolno zaczęłam wpadać w panikę. Nie miałam najmniejszej ochoty podglądywać ludzi w intymnych sytuacjach. Zaczęłam drżeć na całym ciele, ale sparaliżowana wciąż nie mogłam oderwać od nich wzroku.
- Co się dzieje? – usłyszałam głos Darka tuż obok mnie.
Złapał mnie za oba ramiona, więc zdawał się być przede mną, ale nie widziałam go. Tylko tą owładniętą namiętnością parę.
- Oni... oni.... – wyjęczałam, ale nie byłam w stanie zakończyć zdania.
Nagle mężczyzna szarpnął się gwałtownie, zaczynając kopulację, a kobieta wrzasnęła z rozkoszy. Tego było dla mnie już za wiele. Krzyknęłam cicho z przerażenia i wstydu, zasłoniłam twarz dłońmi i spróbowałam wyszarpnąć ramiona z uścisku Darka. Chciałam uciec, wyjść stąd, biec przed siebie, byle jak najdalej od tej kochającej się na podłodze pary. Zaczęłam się szarpać, Darek najpierw próbował mnie trzymać, ale było to zbyt trudne, więc zwyczajnie zamknął mnie w mocnym uścisku swoich ramion. Jeszcze jakiś czas szarpałam się, coraz wolniej i słabiej.
- Spokojnie – szeptał Darek, tuląc mnie do siebie coraz mocniej. – Już dobrze, nie bój się, jestem przy tobie....
W końcu uspokoiłam się i wsłuchałam w jego przyjemny głos. Serce waliło mi jak oszalałe, ale nie słyszałam już jęków tamtej pary, więc wszystko zaczęło wolno wracać do normy. Przez powieki widziałam blask lampy, która paliła się w pokoju. Wizja ustąpiła.
Darek podniósł dłoń do moich włosów. Jakby nieświadomie zaczął zakręcać kosmyki włosów na palce. Wtedy uzmysłowiłam sobie, że przecież PRZYTULAM SIĘ DO NIEGO. Otworzyłam oczy i odchyliłam się, by spojrzeć mu w twarz. W twarz znajdującą się tak blisko mojej. Dotarło do mnie coś jeszcze. Obecność Darka przy mnie, gdy widziałam tą scenę na podłodze, była.... podniecająca! Zamrugałam szybko, by pozbyć się tej natrętnej myśli.
- Przecież... – wychrypiałam. Odkaszlnęłam, jeszcze bardziej zdenerwowana. – Przecież jestem twoją kuzynką.....
Tak naprawdę to zdanie nie było całkiem na miejscu. Przynajmniej nie powinno być dla niego. Ale było. Przez chwilę tylko patrzył mi w oczy, jakby wahał się, jakby nie był pewny, czy to się dzieje naprawdę. W końcu westchnął cicho, a ciepłe powietrze wypuszczane z jego ust, muskało moje usta.
- Marit.... my nie jesteśmy kuzynami... – szepnął cicho, prawie niedosłyszalnie.
Byłam bliżej niego, niż to możliwe. Poczułam ciepło męskiego ciała, jego ciała, a wtedy wszystko zawirowało mi przed oczami. Rumieńce wyszły na moje policzki, na co jego oczy błysnęły. Zamrugałam kilka razy, wzięłam się w garść i uwolniłam z jego ramion. Otworzyłam usta, ale nic nie powiedziałam, bo drzwi otwarły się z hukiem i do pokoju weszła roześmiana Kaśka.
- Ale była zabawa! – powiedziała na wejściu, rozrzucając gdzieś swoje buty. W końcu zauważyła dziwną atmosferę, jaka panowała w pokoju, więc spojrzała na nas uważnie. – Ej, co jest? Marit? Darek zabił ci ojca, czy co, bo tak na niego patrzysz....
Ale nie było złości w moim wzroku. Raczej niedowierzanie, podczas gdy Darek patrzył na mnie po prostu smutno.
- Marit miała wizję – powiedział przygnębionym głosem i spuścił oczy.
Potem zmartwiona powiedziałam wszystko, co widziałam, a oni słuchali mnie uważnie.
- ... wtedy on rzucił się na nią – zakończyłam swą opowieść.
- Jak to? Zabił ją? – spytała Kaśka.
- Nie. No... zaczął się z nią... kochać – powiedziałam i przelotnie zerknęłam na Darka.
- To dlatego byłaś taka poruszona – odparł bez ogródek śmiejąc się.
Spojrzałam na niego i znów poczułam rumieńce na twarzy. Szybko odwróciłam się od niego, a on nagle przestał się śmiać.
- Tak, dlatego....
Zapanowała niezręczna cisza. Kaśka biegała wzrokiem po nas, patrząc podejrzliwie.
- Lepiej pójdę sprawdzić to zaklęcie – powiedział Darek szybko i wstał. – Może znajdę je w którejś z ksiąg.
Tak oto pierwszej nocy naszego pobytu w pensjonacie „Zakątek” nie mogłam spać spokojnie. Po pierwsze Kaśka wierciła się niemiłosiernie, a po drugie.... miałam kilka zmartwień. I bynajmniej, to nie wizja martwiła mnie najbardziej.

Marit
komentarze [0]

5. – Test. >> sobota, 27 października 2007 21:37:14
Następnego dnia ja i Kaśka spotkałyśmy się z Darkiem. Byłyśmy z nim umówione w starym barze, który wyglądał jak średniowieczna gospoda, za miastem. Siedziałyśmy cichuteńko w ciemnym kąciku, starając się być jak najmniej widoczne, uważnie obserwując szemranych gości przy ladzie, którzy raz po raz odwracali się w naszą stronę. Wciąż nerwowo zerkałam na zegarek, bo mój kuzyn spóźniał się już piętnaście minut, a takich numerów nie powinien raczej odstawiać.
- Nie przyjdzie – powiedziała po raz setny Kaśka.
Spojrzałam na nią zamyślona, choć wcześniej denerwowało mnie jej gadanie. Teraz sama zaczynałam tak myśleć.
Mężczyźni przy ladzie znów odwrócili się w naszą stronę. Pochyliłam się do Kaśki i szepnęłam, by tamci nie słyszeli:
- Może coś mu się stało?
Potrząsnęła przecząco głową.
- Na pewno nie – odszepnęła. – Niby jakim cudem akurat teraz miałoby mu się coś stać?
Zastanowiłam się chwilę.
- Masz rację – stwierdziłam w końcu. – A może nagle mu coś wyskoczyło? No wiesz co.... – zakończyłam dając jej bardzo wymowne znaki oczami.
- No może.... – powiedziała. Podrapała się po łokciu i szybko opuściła ręce. – Ale przecież zadzwoniłby do ciebie na komórkę, no nie?
Musiałam znów przyznać jej rację. Obie znów zerknęłyśmy lękliwie na mężczyzn przy ladzie.
- Nie chcę tu dłużej siedzieć – jęknęła cicho Kaśka.
- Ja też nie – odpowiedziałam.
Spojrzałyśmy na siebie myśląc o tym samym.
- Pewnie nie przyjdzie – powiedziałam szybko.
- Tak, chyba nas wykiwał – dodała Kaśka.
- Właśnie. Jak go spotkamy to będzie biedny....
- Będzie, a teraz możemy już stąd iść. Jesteśmy czyste, bo my przyszłyśmy.
- Racja – zakończyłam dobitnie.
Wstałyśmy i pośpiesznie wyszłyśmy na zewnątrz. Niemal biegnąc weszłyśmy na drogę, która prowadziła przez las do najbliższego miejsca parkingowego, gdzie zostawiłyśmy nasz samochód. Ze strachem zauważyłyśmy, że z baru wyszli ci mężczyźni, którzy nas obserwowali i ruszyli w naszą stronę. Wbrew woli przyspieszyłyśmy.
W lesie nagle zrobiło się ciemno, choć słońce nadal świeciło tak samo. W oddali głośno zaskrzeczała jakaś wrona, co brzmiało niezbyt przyjemnie. Kaśka znów odwróciła się, by zerknąć na mężczyzn, gdy przystanęła nagle.
- Ej, gdzie oni są? – szepnęła cicho, ale wyraźnie.
Również obejrzałam się za siebie. Nikogo tam nie było.
- Nie wiem – odszepnęłam tak samo cicho. – Ale bardzo mi się to nie podoba....
Nie wiele myśląc zaczęłyśmy biec. Minęłyśmy już ponad połowę wąskiego lasu i widziałyśmy światło między drzewami, ale nie zwalniałyśmy. Koniec ciemnego lasu zdawał się wciąż oddalać, jakbyśmy nie były w stanie z niego wyjść. W krzakach po naszych bokach coś zaszeleściło i na drogę przed nami wyskoczyli ci sami mężczyźni, co wcześniej byli za nami. Kaśka wrzasnęła ze strachu i obie zatrzymałyśmy się. Nie mogę skłamać, że sama nie byłam przestraszona. Po tym, co widziałam, bałam się nawet własnego cienia.
- Gdzie biegniecie, laleczki? – powiedział jeden z nich, chyba najstarszy. Jego oczy zapłonęły dziwnym zwierzęcym blaskiem. – I tak nam nie uciekniecie....
Mężczyzn było czterech, więc nie miałyśmy z nimi szans. Nagle jeden, niższy, unieruchomił Kaśkę od tyłu. Szybko odwróciłam się, by uniknąć podobnego losu. Mężczyzna, którego nawet mogłabym uznać za przystojnego, a który szedł w moją stronę, nagle przestał być przystojny. Jego oczy stały się żółte, a z ust wysunęły się ostre kły. Twarz zmieniła mu się trochę, choć wciąż wyglądał wystarczająco człowieczo. Zerknęłam na innych mężczyzn; wszyscy wyglądali tak samo strasznie. Ten, który trzymał Kaśkę, zebrał włosy z jej szyi, po czym pochylił się, by wbić kły w widoczną żyłę. Na chwilę wpadałam w panikę, czym mężczyzna za mną zyskał przewagę i unieruchomił również mnie. Spróbowałam się wyrwać, ale wampir, bo nim zdawał się być, trzymał mocno. Obie nie miałyśmy szans. Byłyśmy stracone....
Nagle padł strzał i wampir za mną upadł. Odwróciłam się, by zobaczyć, co się stało, ale po mężczyźnie została tylko kupka popiołów. Padł kolejny strzał, a wtedy również Kaśka została uwolniona. Zza drzew na drogę wyskoczył Darek i zastrzelił jeszcze jednego wampira, a ostatni uciekł w las. Kaśka jęknęła, wytrzeszczając oczy na mojego kuzyna.
- Darek? – wydusiłam z siebie. Szybko się opamiętałam. – Dlaczego nie było cię na spotkaniu? – warknęłam groźnie.
Spojrzał na nas z tryumfem. Schował krótką broń, po czym zbliżył się do nas z szerokim uśmiechem na twarzy.
- To był test – powiedział bez ogródek. – Napuściłem te wampiry na was, żeby zobaczyć, czy nadajecie się do tej roboty. – Spojrzał na mnie wymownie. – To znaczy, czy TY nadajesz się do tej roboty, bo o NIEJ – wskazał na Kaśkę – nie było w ogóle mowy....
- Ja sama chciałam..... – bąknęła cicho Kasia, wciąż jeszcze w szoku.
Darek spojrzał na nas z naganą.
- Ale teraz widzicie, że w ogóle się do tego nie nadajecie.....
- Chwilunię – przerwałam mu. Nabrała dużo powietrza w płuca, gotując się na atak. – My i tak będziemy to robić, czy tego chcesz czy nie. Poza tym, nie byłyśmy jeszcze przygotowane i to ty sam to wszystko zaaranżowałeś, więc nie możesz mówić, że się do tego nie nadajemy, skoro nie widziałeś nas w prawdziwej akcji. A drugie „poza tym”: jesteś oszustem! – krzyknęłam na koniec.
Darek stał z otwartymi ustami nieruchomo. Zatkało go, od czego nagle bardzo poprawił mi się humor.
- No dobra, poddaję się – jęknął w końcu.
Spojrzałyśmy na siebie z Kaśką i zaczęłyśmy się wesoło śmiać. Nagle kątem oka zauważyłam coś za Darkiem, a Kasia podążyła za moim wzrokiem. Bez namysły odchyliłyśmy poły kurtki Darka i wyciągnęłyśmy dwa srebrne sztylety. Mój kuzyn przez chwilę patrzył na nas przerażony, myśląc zapewne, że chcemy rzucić się na niego, ale my jednocześnie rzuciłyśmy sztylety w stronę ostatniego wampira, skradającego się za Darkiem. Po chwili została po nim tylko kupka szarego popiołu.
Darek odwrócił się szybko. Chyba trochę się przestraszył, co mi i Kaśce wydało się niewypowiedzianie śmieszne. On spojrzał na nas zdziwiony.
- Jak to zrobiłyście? – zapytał, próbując przekrzyczeć nasz śmiech.
Spróbowałam opanować się trochę.
- Kiedy byłyśmy małe, lubiłyśmy bawić się w lotki, ale na noże, bo lotek nie miałyśmy! – powiedziałam wciąż się śmiejąc.
Darek otworzył usta z zaskoczenia, na co my wybuchnęłyśmy jeszcze większym śmiechem.

Marit
komentarze [0]